mrowisko.net/antypody
szukaj w notatkach
mapa
drukuj
antypody -> kwiecień 2010

Jeśli wpiszesz tutaj swój mail, będziemy informować cię o nowych notatkach.


dość robactwa!

<< nowsze notatki | starsze notatki >>

103. Boso, ale w ostrogach

22.04.2010, Puerto Natales, Patagonia, Chile
Son (zmęczona pakowaniem): A oliwę też zabieramy?
Krz (bez zastanowienia): Bierzemy! Jest dobra i tłusta.

komentarze(0)

son, 27.04.2010, 2:10.20

102. Z Ushuaia do Puerto Natales, czyli autobusem przez Ziemię Ognistą i Patagonię

22.04.2010, Puerto Natales, Patagonia, Chile
Opuściliśmy Ushuaia. Pochłonęły nas ciemności. W światłach autobusu bieliła się śnieżyca. Gdzieś w dolinie spały psy husky.
Świtało. Czubki chmur wystające zza horyzontu przypominały korony gigantycznych drzew. Na poboczach majaczyły dziesiątki tajemniczych stworzeń - większość z nich okazywała się krzakami.
Wschód. Chmury wypełzły na nieboskłon i zbiły się w stado tłustych fok. Po zamarźniętych kałużach spacerowały pary dzikich gęsi, niczym odświętnie ubrane małżeństwa: on w białej czapce, białym golfie i kraciastej marynarce, ona od stóp do głów w odcieniach brązu.
Słońce ustabilizowało się nad horyzontem. Wyżej wdrapywać się nie zamierzało. Foki przemieniły się w lwy morskie, a potem w ławicę wielorybów.
Niebo całkowicie zasnuło się chmurami. Na stepie zamajaczyły nandu - patagońskie strusie.
Pokrywa chmur rozproszyła się tworząc najróżniejsze kształty. Zmaterializował się nawet wiecznie zabiegany królik z Alicji w Krainie Czarów. Na niewielkich pagórkach pasło się coraz więcej guanaco - patagońskich lam.
Przeprawialiśmy się przez cieśninę Magellana. Z lodowatej wody wychynął zdziwiony pingwin (także Magellana).
Zapadał zmrok. Pasterskie psy pomagały pasterzom na koniach zaganiać stada owiec.
Znowu zapanowały ciemności. I tylko raz w oddali zamigotały światełka na wpół opuszczonej estancji - patagońskiego folwarku.
Dotarliśmy do Puerto Natales. Po ulicach hulał wiatr i wałęsały się miejskie psy.

komentarze(0)

son, 27.04.2010, 2:10.20

101. Słodka, słodka, najsłodsza

22.04.2010, Puerto Natales, Patagonia, Chile
Argentyńczycy nie są wielbicielami czekolady. Przekonaliśmy się o tym już w trakcie pierwszej wizyty w lokalnym supermarkecie. Po długich poszukiwaniach czekoladę znaleźliśmy wśród składników do pieczenia ciast. Niestety na gorzką trafiliśmy tylko raz; była słodka.
- To jak smakuje w takim razie zwykła czekolada? - zapytacie.
Normalna czekolada składa się tu głównie z cukru. Po zjedzeniu połowy tabliczki człowieka-Krz mdli przez kilka godzin. Człowiek-Son nigdy nie zdołał wmusić w siebie więcej niż pół kawałka.
- A nie możecie jeść Marsów? - spytacie wzorem królowej Marii Antoniny.
Nie, takie luksusy na koniec świata jeszcze nie dotarły.
Miejmy nadzieję, że w Chile będzie lepiej!
(i było)

komentarze(0)

son, 27.04.2010, 2:10.19

100. Z cyklu: Świat na opak

22.04.2010, Puerto Natales, Patagonia, Chile
Na końcu świata wszystko jest "naj". Ale kemping chwalący się "najbardziej południowym kompostem na świecie" nieco nas zaskoczył.

komentarze(0)

son, 27.04.2010, 2:10.19

99. Skąd te liny?

22.04.2010, Puerto Natales, Patagonia, Chile
[za Black Sheep, Patagonian's Monthly Travel Guide Magazin]
Dlaczego w rogach głównego placu w Punta Arenas przymocowano liny?
Punta Arenas to wietrzne miasto, szczególnie na wiosnę i latem, kiedy wiatry osiągają prędkość do 120 km na godzinę. Liny zostały przymocowane, żeby podmuchy wiatru nie spychały ludzi na ulicę.

komentarze(0)

son, 27.04.2010, 2:10.19

98. Ushuaia

21.04.2010, Rio Grande (dworzec autobusowy), Ziemia Ognista, Argentyna
Ushuaia zaczęła swe życie jako kolonia karna. Wkrótce obok wielkiego więzienia wyrosło niewielkie miasteczko. Więźniowie polityczni często lokowani byli właśnie tam. No bo dokąd mieliby uciec z końca świata?
Szybko zrezygnowano z przywożenia do Ushuaia kobiet, zbyt mało było kobiet-więźniów o odpowiednio mocnym zdrowiu. Kolonia karna zmieniła się tym samym w normalne więzienie. Więźniowie pracowali przy wyrębie lasu - drewno było paliwem lokalnej elektrowni. Z czasem więzienie kryminalne przeobraziło się w wojskowe.
A miasteczko rosło i rosło. Oferowano tu korzystne warunki pracy, ulgi podatkowe, opiekę społeczną. Zasiedlenie dalekiego południa stało się bowiem w Argentynie kwestią wagi politycznej. Szczególnie wiele nowych ośrodków przemysłowych zbudowano tu od czasu wojny o Falklandy. Islas Malvinas son i seran Argentinas!* - głoszą liczne transparenty w Ushuaia.

* Wyspy Malwiny (to poprawna politycznie nazwa Falklandów) są i będą argentyńskie!

komentarze(0)

son, 27.04.2010, 2:10.19

97. Zima za pasem

21.04.2010, Rio Grande (dworzec autobusowy), Ziemia Ognista, Argentyna
Śnieg zaczął padać w poniedziałek.
- Dobrze, że nie w moje urodziny - westchnęła Son.
- Hmmm... Chyba zasiedzieliśmy się na tym końcu świata - odwestchnął Krz.
Kupiliśmy więc bukiet kwiatów dla pani Zapruckiej i ruszyliśmy na północ. Bo północ na Antypodach oznacza palmy, pomarańcze, kaktusy, słowem: ciepłe kraje. Naszym celem jest Puerto Natales, oddalone od Ushuaia - pamiętajcie, jesteśmy na końcu świata - o 17 godzin jazdy autobusem.

komentarze(0)

son, 27.04.2010, 2:10.19

96. Z cyklu: Rozmowy z Argentyńczykami

21.04.2010, Rio Grande (dworzec autobusowy), Ziemia Ognista, Argentyna
-Nationalidad? - spytała pani z lokalnego biura podróży. - A, de Polonia. Mój dziadek przyjechał z Polski. Uciekł z Auschwitz. Opowiadał, że mieli w celi roślinkę, rosła w bruździe, gdzieś pod sufitem. Wszyscy się nią opiekowali. I podjadali jej listki. Ale różne są koleje losu... - zamyśliła się.
- Bo wiecie, którzy turyści są najtrudniejsi? No? - zapytała znienacka.
- Ci z Izraela! - odparła triumfalnie sama sobie. - W tym roku przyjechali bardzo późno, w październiku.
Najwyraźniej turyści byi dla niej czymś na kształt migrującego ptactwa o utartych szlakach i zwyczajach.
Podobno młodzi Izraelici, po zakończeniu dwuletniej służby wojskowej, wyjeżdżają na równie obowiązkową podróż dookoła świata. Podróżują w kilkuosobowych grupach, które - według naszej rozmówczyni - mają wszystkich i wszystko gdzieś.
- Jest takie hiszpańskie słowo ubiquidad, dostosowanie się. Izraelici nie mają nawet krztyny ubiquidad! - pani przerwała wypisywanie naszych biletów i rozgadała się na dobre. - Wyobraźcie sobie, że w lecie w naszej agencji tłoczy się kilkadziesiąt osób. Wszyscy chcą kupić bilety, zarezerwować wycieczki... Ich to nie rusza. Se toman su tiempo. Potrafią przez godzinę zastanawiać się, które połączenie wybrać, które miejsca będą lepsze.
A my... cóż. Przypomnieliśmy sobie półtora roku spędzone pomiędzy Chińczykami.

komentarze(0)

son, 27.04.2010, 2:10.18

95. Pogawędki na końcu świata

19.04.2010, Ushuaia, Ziemia Ognista, Argentyna
- Co wam się tam, na tym końcu świata podoba? - rozmyślacie, grzejąc się w wiosennym słońcu. - Pingwiny? Jesienne przymrozki? Niekończące się pustkowia?
Najbardziej podobają nam się Argentyńczycy. Jak to przyjemnie pogawędzić z kimś, kto nie spieszy się, nie przysypia, nie stresuje się swoim wielkim bossem, nie sądzi, że pozjadał wszystkie rozumy, nie określa nas mianem "czerwonych diabłów", jest ciekawy świata, a na dodatek świetnie włada własnym językiem! Cóż, nie żyliście w Singapurze, więc nie wiecie.
***
- Ale, co się wydarzyło potem! Posłuchajcie...
Dobrych kilka godzin spędziliśmy w przytulnym salonie naszej gospodyni, zasłuchani w opowieści o wojennych i powojennych losach pana Zapruckiego oraz o perypetiach związanych z poszukiwaniami jego rodziny. Pierwsza żyjąca krewna - siostra pana Zapruckiego - odnalazła się na Białorusi po ponad 60 latach!
***
Kolejne popołudnie spędziliśmy w lokalnej księgarni.
- Ach, Gombrowicz! Ach, Kosiński! - zachwycał się zaprzyjaźniony już po chwili sprzedawca. - Locos, locos! (szaleńcy, szaleńcy!) Jak chcecie, to też wam znajdę jakiegoś lekko szurniętego!
Z księgarni wyszliśmy z naręczem książek, które podwoiły objętość naszej biblioteczki podróżnej.
***
W autobusie zagadnął nas prezydent lokalnej partii.
- Wegetarianie?! - zakrzyknął, jak gdyby spotkał jednorożca. - Ha! Ile ty ważysz? - wskazał palcem Krz. - Sześćdziesąt osiem? Ja ważę dwa razy więcej! - ucieszył się, nie wiadomo dlaczego.
- Jesteś architektem? - wskazał tym razem na mnie. - Ja znam wielu architektów, bo należę do loży masońskiej.
Zamilkliśmy, nie wiedząc, co też odpowiedzieć na takie dictum.
Korzystając z ciszy, prezydent opowiedział nam o swoich pomysłach na reformę rolną, a następnie zademonstrował makietę darmowej gazetki, w której jego partia planuje przemycać swoje idee wprost do głów plebsu. Pismo finansowane będzie z reklam.
- Jak koń trojański! - zagrzmiał na cały autobus prezydent. - Tylko nie mówcie nikomu.
***
- Polonia? A, Polka, Polka! - ucieszył się opiekun naszego późnojesiennego kampingu. - Polska? A jaki jest związek Polki-kobiety i polki-tańca? I jak ma się do tego "polonez"? - dociekał już po chwili, mimo że jeszcze nie zdążyliśmy zrucić z siebie plecaków.
A potem opowiedział, jak poszedł kiedyś chodzić po górach w samym środku zimy, na 45 dni, bez namiotu, bez śpiwora, za to z worem konserw na plecach.
***
Właścicielka ośrodka wypoczynkowego w budowie wychyliła się ze swojego dżipa, mijając nas idących leśną drogą.
- Wolicie się przejść? Rozumiem. To jeszcze jakieś trzy kilometry. Czekam na was z herbatą.
Herbata okazała się słodką mate, a zagryzką były krakersy z dżemem pomidorowym. Oglądaliśmy i materiały budowlane, i zdjęcia, a nawet małego szarego lisa, który - dokarmiany - często przychodzi w odwiedziny. A potem Cindy i jej brat odprowadzili nas drogą, prowadzącą wąską ponadkilometrową groblą, którą przy okazji oczyścili z plastikowych śmieci.

komentarze(0)

son, 20.04.2010, 13:41.11

94. Torfowiska

19.04.2010, Ushuaia, Ziemia Ognista, Argentyna
Torfowiska, torfowiska, torfowiska - każdy wie, że coś takiego istnieje. Kojarzy się z torfem... Żyzną ziemią... Ale co to takiego jest?
Torfowiska powstają w miejscu niewielkich polodowcowych jeziorek, które z upływem czasu zarastają coraz bardziej kolejnymi odmianami wodnych roślin, a potem mchów. Takie "mchowiska" mogą mieć nawet i dziesięć metrów głębokości! W dotyku są niepokojąco sprężyste.
W języku lokalnych Indian Yamana, torfowisko było synonimem "śmiertelnej rany", a to ze względu na grzązkość oraz czerwony i żółty odcień mchu - kolory zainfekowanej, ropiejącej rany.

komentarze(0)

son, 20.04.2010, 13:41.11

93. Czy wiecie, że...

19.04.2010, Ushuaia, Ziemia Ognista, Argentyna
Największa posiadłość ziemska - ponad 3 miliony hektarów - leży w Patagonii i należy do pewnego Anglika.

komentarze(0)

son, 20.04.2010, 13:41.11

92. Tolhuin - ostatni przystanek przed końcem świata

19.04.2010, Ushuaia, Ziemia Ognista, Argentyna
Chatka - poza buzującą kozą - wypełniona była dziesiątkami (ba, setkami!) pamiątkowych napisów wystruganych, wyżłobionych, wypalonych i namalowanych przez naszych poprzedników.
Niby mieliśmy świadomość, że - od kiedy pewien pan objechał Irlandię autostopem, podróżując z pralką, a inny pan zwiedzał Amerykę Południową traktorem marki Ursus - nie ma już szans na oryginalne podróże, ale...
Potężna dawka podróżniczych świadectw zaserwowanych explicite sprawiła, że nieco zrzedły nam miny.
A może humor popsuł nam prószący od niechcenia śnieg?
***
Christina, Manfred i Landrover
Australia - Nowa Zelandia - Ameryka Południowa - Rosenhein
2004 - 2009 - ...
***
Ushuaia - Lima
Pieszo
George, Claire i Dune [z rysunku wynika, że Dune to pies]
Francia, 4.01.2010 - ?
***
Desde Alaska a Ushuaia, 23 meses en bici!! Y despues voy a ir a Africa!!
[Z Alaski do Ushuaia, 23 miesięce na rowerze!! A potem jadę do Afryki!!]
Rin, Japon
[to właśnie ten Japończyk z mojego snu]
***
Susanne & Gabriela
z Bazylei do Ushuaia.
7.03-9.03.2007
[rysunek dwóch rowerów]
***
Z Colorado do Ushuaia w busie "Mango", VW, rocznik 1977
20 miesięcy
40.700 km
Chad y Ana
***
Nie wspominając o pewnym panu, który rozpoczął swą podróż na Tajwanie w roku 1989 i od tego czasu przejechał większą część Azji, Afryki oraz Ameryki Południowej...

komentarze(0)

son, 20.04.2010, 13:41.10

91. Sny z poziomu gruntowego przymrozka

19.04.2010, Ushuaia, Ziemia Ognista, Argentyna
- Krz, obudź się, to tylko sen - uspokajałam szamoczącego się w śpiworze Krz.
- Śniło mi się, że tu był renifer. Nadepnął mi na krtań, a potem zaczął lizać po twarzy. Nie mogłem oddychać! - Krz powoli dochodził do siebie.
A co śniło się w tym czasie Son?
Japończyk-podróżnik zaopatrzony w nowatorskie urządzenie, mały nadajnik, który z namaszczeniem rozstawiał na jeszcze mniejszym trójnogu, w pobliżu dużego białego i małego czarnego psa. Zakończywszy działania wstępne Japończyk wycofał się nieco i zdalnie uruchomił aparacik, który obrzucił zaskoczone psy gradem obelg.
I nawet we śnie zdawało mi się, że nie jest to najlepsza metoda obrony przed zdziczałymi argentyńskimi psami.

komentarze(0)

son, 20.04.2010, 13:41.10

90. Medialunas

19.04.2010, Ushuaia, Ziemia Ognista, Argentyna
Medialunas, czyli "półksiężyce", to argentyńskie croissanty, a nasze "rogaliki".

komentarze(0)

son, 20.04.2010, 13:41.10

89. Fogony i zimne ogony

19.04.2010, Ushuaia, Ziemia Ognista, Argentyna
- Jak to jest spać w namiocie w warunkach późnojesiennych? - głowiliśmy się, popijając kawę w zaprzyjaźnionej kawiarni na końcu świata.
- Cóż, pozostaje nam tylko sprawdzić osobiście - westchnęliśmy ciężko, pogryzając słodziutkie medialunas. - Ale najpierw musimy zdobyć gaz.
***
Niestety, w niezliczonych sklepach podróżniczych, rozmieszczonych w regularnych odstępach przy głównej ulicy Ushuaia, kartusza pasującego do naszego palnika nie było. W sklepie wędkarskim zaproponowano nam specjalną przejściówkę, która - co prawda - także nie pasowała do naszego palnika, pasowała za to do znajdującego się w sprzedaży gazu. Koniec końców, weszliśmy w posiadanie nowego palnika, przejściówki oraz butelki paliwa, kształtem przypominającej raczej farbę w spreju. Proporcje kartusza praktycznie uniemożliwiały zbalansowanie na nim menażki, co okazało się chwilowo bez znaczenia.
***
Kamping zaopatrzony był bowiem w przytulną chatkę, pełniącą w sezonie późnojesiennym funkcję salonu, suszarni, kuchni i jadalni. Na środku chatki stała opalana drewnem koza oraz gazowa kuchenka.
Samo pole namiotowe wyglądało jak osada rozbitków, które to wrażenie potęgowane było jeszcze bliskością jeziora Fagnano, huczącymi falami oraz świszczącą bryzą. Miejsca kampingowe wyposażone były w wiatrochrony, zadaszone schrony oraz fogony - osłonięte od wiatru paleniska. Wszystko to sporządzone zostało z nierównych desek, krzywych patyków i kawałków blachy falistej. Zamiast narzekać na dizajn rozkoszowaliśmy się nieograniczonymi zapasami opałowego drewna oraz samotnoścą.
Komu w końcu chciałoby się kampingować w drugiej połowie "listopada"?

komentarze(0)

son, 20.04.2010, 13:41.10

88. Czy wiecie, że...

19.04.2010, Ushuaia, Ziemia Ognista, Argentyna
Po hiszpańsku dzięcioł to carpintero, czyli "stolarz".

komentarze(0)

son, 20.04.2010, 13:41.10

87. Ziemia Ognista

15.04.2010, Ushuaia, Ziemia Ognista, Argentyna
- Dlaczego Ziemia Ognista nazywa się "ognista"? I w ogóle jak to wszystko wygląda? - głowicie się.
Europejczycy nazwali wyspę "ognistą", płonęły tu niezliczone ogniska. To chodzący niemal nago Indianie rozgrzewali się przy pomocy ognia, który mieli ze sobą niemal zawsze, nawet w drewnianych kanoe.
Dzisiaj ognisk już nie ma. Strzeliste granitowe szczyty wyrastają z mniejszych i większych wysepek. Niższe tereny porasta bukowy las. Nie jest to jednak wysoki las smukłych szarych drzew. Tutejsze buki są niewielkie, pokręcone, z maleńkimi listkami - zupełnie jakgdyby znęcał się nad nimi jakiś szalony japoński ogrodnik. Podmokłe tereny - a jest ich zatrzęsienie, od kiedy Ziemię Ognistą opanowały bobry - pokryte są setkami gatunków mchów i porostów. Człowiek zapada się w nich, niczym w żarłocznym dywanie, który od czasu do czasu nie chce wypuścić zdobyczy ze swojego przepastnego wnętrza.

komentarze(0)

son, 20.04.2010, 13:41.09

86. Polski komar potrafi

15.04.2010, Ushuaia, Ziemia Ognista, Argentyna
Byliśmy w malezyjskiej dżungli i w lesie tropikalnym na Borneo. Chodziliśmy deszczowych lasach Nowej Zelandii. Włóczyliśmy się po podarktycznych bagnach.
I zapewniamy uroczyście: nigdzie na świecie nie ma takich komarów, jak u nas na Mazurach albo w lesie Kabackim!

komentarze(0)

son, 20.04.2010, 13:41.09

85. Sklepy fasadowe

15.04.2010, Ushuaia, Ziemia Ognista, Argentyna
Już od ponad tygodnia zwiedzamy argentyńskie sklepy podróżnicze uzupełniając nasz trekkingowy ekwipunek. Ten spakowany w Singapurze nie odpowiadał niestety wymogom podarktycznego klimatu.
Sklepów jest tu zaskakująco wiele, nawet na samym końcu świata. Profesjonalne, wszechstronne, świetnie zaopatrzone - w zasadzie. Bo tak naprawdę asortyment jest tu kompletnie losowy.
Buty trekkingowe światowych firm - po dwie pary każdego modelu, każda w innym rozmiarze. Śruby lodowe - te co na wystawie, sztuk trzy. Friendy - proszę bardzo - o, wiszą tu pod sufitem, mamy dwie sztuki, za to każda w innym kolorze. Okulary arktyczne - oczywiście - jest jedna para, pięknie wyeksponowana w podświetlonej gablotce. Bluza z polara - już podaję - nie, emkę mamy tylko czarną. Koszulka termiczna - została nam męska eska, w szarym kolorze, z długimi rękawami. Nie pasuje? Ach, tak nam przykro!

komentarze(0)

son, 20.04.2010, 13:41.09

84. Instynkt zielonej żaby

15.04.2010, Ushuaia, Ziemia Ognista, Argentyna
Nie powiem, że był to wzburzony górski potok z lodowatymi kipielami i huczącym wodospadem. Nie będę twierdzić, że musieliśmy się przez niego przeprawić, bo zapadał zmrok, a brodem prowadziła jedyna droga odwrotu.
Nie, to była spokojna, zamieszkana przez bobry rzeczka. Świeciło popołudniowe słońce, a my postanowiliśmy przejść na drugą stronę dla kaprysu.
Krz bez wahania przemaszerował po pniu zwalonym w poprzek strumienia. A ja... Dokładnie na środku prowizorycznej kładki, straciłam równowagę. Czy winny był powiew wiatru? Czy poślizgnęłam się na mokrym drewnie? Czy to jakiś wyimaginowany bóbr odwrócił moją uwagę?
Grunt, że zadziałał instynkt. Odbiłam się z całych sił i wylądowałam w pozycji żaby na stromym zboczu, jeszcze w locie łapiąc się sitowia.
- Skoczyłaś jak prawdziwa żabka! - pochwalił mnie Krz upewniwszy się wcześniej, że nie zamoczyłam się zanadto.

komentarze(0)

son, 20.04.2010, 13:41.09

<< nowsze notatki | starsze notatki >>