mrowisko.net/antypody
szukaj w notatkach
mapa
drukuj
antypody -> lipiec 2010

Jeśli wpiszesz tutaj swój mail, będziemy informować cię o nowych notatkach.


dość robactwa!

<< nowsze notatki | starsze notatki >>

316. Czy wiecie, że...

"Aligator" to zangielszczony el lagarto, czyli hiszpański "jaszczur".
***
Ofiarę, której nie jest w stanie połknąć w całości, aligator wciąga do wody i topi, a następnie - nie mogąc sobie pomóc łapami, jak inne drapieżniki - rozszarpuje w konwulsyjnych spazmach, w czym ważną funkcję pełni potężny ogon gada.
***
Aligator ma niezwykle rozwinięte mięśnie służące do zaciskania szczęki. Mięśnie dedykowane do otwierania paszczy nie przydają się aligatorom zbyt często i są tak słabe, że dorosły człowiek przy pomocy obu rąk może utrzymać pysk gada w pozycji zamkniętej. Stąd popularna metoda zamykania gadziego pyska "taśmą na krokodyla".

komentarze(0)

son, 26.07.2010, 0:04.54

315. Figurka Ekeke

25.07.2010, San Miguel de Balas, Boliwia
Ekeke to boliwijskie wyobrażenie obfitości.
Figurkę Ekeke zaopatruje się w symboliczne ilości dóbr, które chcielibyśmy otrzymać bardziej hurtowo - przeczytaliśmy w naszym przewodniku.
- Ach, gdybym miał takiego bożka - rozmarzył się Krz. - trzymałbym go w pracy i zaopatrzył w małe "granciki".
Odnaleziona na targu figurka Ekeke okazała się śmiertelnie brzydka. Pucułowaty człowieczek o różowych policzkach trzymał w ramionach naręcze paczek, zawiniątek i pakunków.
- Wygląda zupełnie jak Święty Mikołaj bez brody i na wakacjach - zmartwiło się nasze poczucie estetyki.
- Jarmarczność jarmarcznością, a pieniądze pieniędzmi - ponuro ogłosił Krz.
Figurkę nabyliśmy w niedzielę, tymczasem już w poniedziałek czekał na Krz mail z pewnej fundacji przyznającej granty. Pech chciał, że przeczytaliśmy go dopiero w sobotę, kiedy minął już termin telefonicznej rozmowy kwalifikacyjnej.
Niestety, nasz przewodnik nie wspomina o żadnym boliwijskim bożku odpowiedzialnym za skuteczną tele-komunikację...

komentarze(0)

son, 26.07.2010, 0:04.54

314. Ranking podróżny

25.07.2010, San Miguel de Balas, Boliwia
Zachwyceni posiadaniem sprzętu, który pozwolił nam przetrwać kolejne dżunglowe załamanie pogody, rozpisaliśmy prywatny ranking najbardziej przydatnych akcesoriów. Po pewnym wahaniu odrzuciliśmy rzeczy użyteczne acz banalne: klapki pod prysznic, matę do jogi i scyzoryk z korkociągiem.
Pierwsze miejsce zajęły puchowe śpiwory - niezastąpione w podmuchach "patagonu", w ostrym klimacie altiplano oraz podczas amazońskiej zimy; szczególnie ukochane w trakcie przeziębienia. Drugia pozycja przypadła w udziale czołówkom, które przydały się na kampingach, w trakcie częstych awarii prądu, do wypatrywania oczu aligatorów oraz nocnych pająków, podczas nocnych wypraw do łazienki oraz do pisania niniejszej notatki. Trzecie miejsce, po długiej debacie, przyznaliśmy odzieży "termicznej", a w szczególności koszulkom z długim rękawem, dzięki którym uniknęliśmy wielu poparzeń słonecznych, niejednego przeziębienia i niezliczonych ukąszeń. Na wzmiankę honorową zasłużył kawałek sznurka zatrudniany a to do suszenia prania, a to do podwieszania naszych zapasów spożywczych, a to do związywania naręcza drzewa na ognisko.

komentarze(0)

son, 26.07.2010, 0:04.54

313. Co buszuje w buszu

25.07.2010, San Miguel de Balas, Boliwia
- To jakie jeszcze zwierzęta spotkaliście w boliwijskim buszu? - zżera was ciekawość.
Uśmiechnięte aligatory, złowieszcze kajmany i płochliwe żółwie wodne.
Dystyngowane szaro-niebiesko-białe czaple, hałaśliwe pawio-gołębie i kaczkowate kormorany.
Wielkogłowe zimorodki, czerwonookie bociany i zakochane ary.
Granatowe kolibry, pośpieszne tukany i obojętne strusie.
Spasione kapibary, zirytowane dziki i zblazowane różowe delfiny.
Żółte, czerwone i czarne małopy.
Pająka wielkości kartki A4, dżunglowego karalucha i jadowitego węża w żółte prążki.
Ślady potężnego tapira, odcisk łapy jaguara i zupełnie europejską ropuchę.
Gigantyczne dżunglowe motyle, kolorowe gąsiennice i gangsterskie chrząszcze.
Tłustego gekona, zmaltretowaną anakondę i zielono-brązową jaszczurkę.

komentarze(0)

son, 26.07.2010, 0:04.54

312. Dzik jest dziki...

25.07.2010, San Miguel de Balas, Boliwia
- Nigdy jeszcze nie goniło mnie stado dzikich świń - wyznał zmęczony Krz.
Rzeczywiście, do tej pory, jeżeli natknęliśmy się na jakieś dziki, to raczej one czmychały. Tyle że polskie dziki nie żerują w stadach po kilkaset sztuk. Ani nie śmierdzą jak nie myjący się tygodniami turyści.
Te konkretne stado amozońskich chanchos było zirytowane. Były wśród nich młode, a na dodatek śledził je jaguar.
Podczas gdy my staraliśmy się ustawić ostrość w aparacie, dziki poczęły nas okrążać.
- Estan enojados! Są wnerwione! Uciekamy - rzucił przewodnik.
Tego nie trzeba było nam dwa razy powtarzać! Biegliśmy przed siebie dopóki zirytowane chrumkanie nie oddaliło się na bezpieczną odległość. Do końca spaceru staraliśmy się zawsze mieć na oku jakieś porządne drzewo - z gałęziami i bez mrówek, a o takie drzewa w dżungli nie łatwo.
- Nigdy jeszcze nie miałem na sobie tylu kleszczy - dobiegło z hamaka, w którym Krz odpoczywał po przygodzie z dzikami.

komentarze(0)

son, 26.07.2010, 0:04.54

311. Z cyklu: Gringorady

Szok kulturowy. Pogawędki.
Twoja znajomość lokalnego języka powinna pozwolić ci na prowadzenie rozmów na podstawowym poziomie. Lokalni najczęściej będą wypytywali o twoją narodowość, o to, skąd i dokąd jedziesz, o to, czy podoba ci się ich kraj, o to ile masz lat, czy jesteś żonaty/zamężna i ile masz dzieci. Wiedz, że w wielu krajach fakt nie posiadania dzieci przez osobę w twoim wieku oznacza, że leży za tym jakaś głęboko skrywana tragedia.

komentarze(0)

son, 26.07.2010, 0:04.53

310. Czy wiecie że...

Kapibara to największy gryzoń świata - dorosła samica może ważyć nawet 100 kg!
***
Kapibary przypominają przerośnięte świnki morskie. Żywią się trawą i mają niezwykle wydajny układ pokarmowy, który pozwala im przetrwać na kilku zaledwie gatunkach roślin. W celu uzupełnienia flory bakteryjnej zjadają własne odchody.
***
Kapibary kopulują w wodzie, a młode kapibarki ssą mleko od każdej samicy w stadzie.
***
Europejscy misjonarze uznali mięso kapibar za mięso "ryb" i jako takie zostało dopuszczone podczas postu.
***
Skóra kapibar była niegdyś niezwykle ceniona jako materiał na rękawiczki - ze względu na to, że rozciąga się tylko w jednym kierunku.

komentarze(0)

son, 26.07.2010, 0:04.53

309. Wschody, zachody i wnioski

23.07.2010, między Rurrenabaque a San Miguel de Balas, Boliwia
Wycieczka na pampas, jak to z wielodniowymi wycieczkami bywa, obfitowała we wschody i zachody słońca. Każdy został wykorzystany skrupulatnie.
Zachody obchodziliśmy w specjalnie na ten cel przeznaczonych barach (Sun-set bar. Cold beer. Cold coke.) w romantycznym towarzystwie kilkudziesięciu młodocianych turystów. Podziwianie wschodu było znośniejsze o tyle, że młodzież była zaspana, a poza tym nie serwowano alkoholu.
Gdy w czasie nocnej wyprawy łodzią (mieliśmy wypatrywać świecących oczu kajmanów i wsłuchiwać się w dźwięki natury) nasi współtowarzysze rozpoczęli chóralne śpiewy rodem z piłkarskiej trybuny, podjęliśmy męską decyzję: w przyszłości będziemy robić, co w naszej mocy, by odseparować się od turystycznej chołoty.

komentarze(0)

son, 26.07.2010, 0:04.52

308. Anakonda (sztuk dwie)

23.07.2010, między Rurrenabaque a San Miguel de Balas, Boliwia
Tropienie anakondy wzbudziło w nas mieszane uczucia. Nie tylko dlatego, że cuchnące błoto chlupotało nam w nieszczelnych kaloszach. Zmartwiło nas to, że pechowy wąż wił się w rękach przewodników jak piskorz dopóki czterdziestu amatorów natury nie zaspokoiło swoich fotograficznych potrzeb. Na szczęście, po naszych głośnych protestach, druga anakonda pozostawiona została w spokoju i turyści musieli poradzić sobie z problemem sportretowania zielonego węża w zielonym bagnie (It's so inconvinient!).

komentarze(0)

son, 26.07.2010, 0:04.52

307. Jeśli nie chcesz mojej zguby...

23.07.2010, między Rurrenabaque a San Miguel de Balas, Boliwia
- Trzysta osiemdziesiąt jeden, trzysta osiemdziesiąt dwa, trzysta osiemdziesiąt pięć - liczyła przejęta Son. - Ach, są jeszcze na drugim brzegu! A ten to chyba kajman! Jak sądzisz?
Krz nie odpowiedział; zajęty był inwentaryzacją kapibar, których pokaźne stadko wyłoniło się zza zakrętu.
Liczenie aligatorów przerwaliśmy w okolicach pięćsetki. Było ich tyle, że nie nadążaliśmy.
Z krokodylim wyrazem zadowolenia malującym się na zielonkawych pyskach korzystały z pierwszego słonecznego dnia. Niektóre sztuki szeroko rozwarły paszcze, tak by zaabsorbować jeszcze więcej ciepła. Wyglądały zupełnie jak ich pechowi krewni zdobiący ściany myśliwskich salonów.
Aligatory ignorowały nie tylko naszą obecność: ich zainteresowania nie wzbudzały ani wypasione żółwie, ani spragnone kapibary, ani przechadzające się w tę i na zad czaple.
Kajmany miały mniej przyjazny wyraz pyska, były większe, ciemniejsze i miały ciekawszą fakturę. Były też zdecydowanie bardziej nieufne i na widok szybko łodzi zagłębiały się w błotnistej wodzie.

komentarze(0)

son, 26.07.2010, 0:04.52

306. Biurokracja boliwijska

23.07.2010, między Rurrenabaque a San Miguel de Balas, Boliwia
- A pięciu koszulek nie mogę mieć? - pytałam z udawaną troską.
- Nie, proszę pani, dozwolone są maksimum cztery sztuki - odparł sztywny pan w mundurze.
- I posiadanie dwóch książek też jest zabronione? - ciągnęłam złośliwie.
- Tak, proszę pani, można wwieźć tylko jedną książkę na osobę - strażnik najwyraźniej nie wiedział, co to ironia.
Zaniepokojony Francuz dopytywał się o buty. Bo dozwolona była tylko jedna para (plus sandały). My tymczasem wzruszyliśmy ramionami i zgodnie odhaczyliśmy wszystkie rubryczki.
Wypełnialiśmy formularze uprawniające nas do wjazdu do Parku Narodowego Madidi. Francuski turysta nie zorientował się jeszcze, że - w przeciwieństwie do biurokracji francuskiej, która potrafi skutecznie zatruć człowiekowi życie - boliwijska biurokracja obraca się w sferze fikcji absolutnej.

komentarze(0)

son, 26.07.2010, 0:04.52

305. Nasza armata

23.07.2010, między Rurrenabaque a San Miguel de Balas, Boliwia
O ile w Singapurze nasz największy obiektyw (70 - 300mm) wydawał się zaledwie brodawką przyrośniętą do aparatu (azjatyccy amatorzy fotografii dźwigali profesjonalne obiektywy rozmiarów słoniowej trąby), o tyle w Ameryce Południowej budzi on zaciekawienie, respekt, a nawet sensację. Jakichże szeptów nie słyszeliśmy za naszymi plecami!
Od uprzejmych porad, abyśmy aparat nosili z przodu, przez pełne podziwu Mira, que camara tiene! ("Patrz, jaki ma aparat!"), po przepełnione zawiścią To ne je kamera, to je teleskop!

komentarze(0)

son, 26.07.2010, 0:04.52

304. Pampas

19.06.2010, Rurrenabaque, Boliwia
- Ten człowiek był tak zgodny, że gdybym zapytał, czy mogę dzielić namiot z aligatorem, to też by się zgodził - westchnął Krz.
Opuściliśmy właśnie kolejne biuro podróży oferujące kolejną, dokładnie taką samą, wycieczkę. Tropienie anakondy z rana, pływanie z delfinami po południu i łowienie piranii wieczorem. Nawet agencja z zachęcającym szyldem do pampas in a different way ("zwiedź pampas inaczej") zaoferaowała nam ten sam pakiet. Cóż począć - taka jest Boliwia.
Będziemy więc tropić anakondę.

komentarze(0)

son, 26.07.2010, 0:04.51

303. Głodni turyści

19.06.2010, Rurrenabaque, Boliwia
- Krz, zaszkodziła mi ta ostatnia wycieczka - poskarżyła się Son wyjadając okruszki. - Teraz, jak tylko trafię na coś zjadliwego, to nie mogę przestać jeść...
- Nie przejmuj się - poradził Krz dojadając batonik. - Jutro znowu ruszamy na wycieczkę.

komentarze(0)

son, 26.07.2010, 0:04.51

302. Z cyklu: Gringorady

Bezpieczeństwo. Transport bagażu.
Zapakowanie plecaka nadawanego na bagaż w brezentowy worek jest dobrym pomysłem. Pamiętaj jednak, żeby oznaczyć go w jakiś sposób, w przeciwnym wypadku możesz pomylić go z leżącym obok workiem kartofli twojego sąsiada.

komentarze(0)

son, 19.07.2010, 17:20.46

301. Z cyklu: Rozmowy z Norweżkami

18.07.2010, Rurrenabaque, Boliwia
- No i w końcu dałam im pieniądze. Bo gospodarz zostawił rodzinę i poszedł na protest. Jego żona była w ciąży, a samotna kobieta w ciąży nie ma tu lekko - opowiadała Ingunn, która spędziła w boliwijskiej dziczy ostatnie pół roku przygotowywując pracę magisterską z antropologii. - Bo to była niespodziewana ciąża, najmłodsze dziecko moich gospodarzy miało już dziewięc lat, a najstarsza córka właśnie poroniła. Zioła przygotował wioskowy znachor. Bo zaszła w ciążę z kuzynem. No a moja gospodyni to myślała, że ma jakieś problemy z żołądkiem, zupełnie nie podejrzewała, że jest w ciąży. Jak jej córka.
- Ile lat ma twoja gospodyni? - przerwałam ten potok nieszczęść.
- Trzydzieści jeden.

komentarze(0)

son, 19.07.2010, 17:20.46

300. Złotego runa wór

18.07.2010, Rurrenabaque, Boliwia
Od 2003 roku każdy Boliwijczyk może założyć własną kopalnię złota. Szukanie złotego kruszcu to ciężka praca, pokusa "łatwych" pieniędzy jest jednak nie do przezwyciężenia.
Podczas gdy samotni mężczyźni dołączają do górniczych spółdzielni eksploatujących kopalnie, boliwijskie rodziny ruszają na poszukiwania złotego piasku w dorzeczach Amazonki. W czasie pory suchej przy przeczesywaniu piasku pracują razem dorośli i dzieci. Zasilane ropą przepompownie przesiewają piasek bez wytchnienia, czasem spotkać można także koparki i spychacze. Poszukiwacze bogactwa koczują na miejscu pracy. Żywią się tym, co złowią (większość ryb skażona jest rtęcią) i upolują (dubeltówki na ramionach mężczyzn to widok powszechny). Pomiędzy górniczymi osadami (w których - niczym w powieściach Jacka Londona - większość towarów opłacić można złotym piaskiem) kursują samochody bez rejestracji (boliwijski rząd przymyka oko na takie drobnostki).
Gdy nadchodzi pora mokra rzeka występuje z koryta i szukanie złota trzeba przerwać na kilka miesięcy. Co pozostaje?
Zniekształcone koryto rzeki, sterty otoczaków objętości kilkupiętrowych bloków i boleśnie rozorane stoki opadających do rzeki gór.

komentarze(0)

son, 19.07.2010, 17:20.46

299. Dżungla zimą

czyli słodka zemsta Singapuru
18.07.2010, Rurrenabaque, Boliwia
Po dwóch dniach szaleńczego zjazdu na rowerach (zaczynaliśmy na wysokości ponad 4 tysiące metrów n.p.m.) znaleźliśmy się w amazońskiej dżungli. Otuliła nas dawno zapomniana wilgoć. Kurtki, swetry i czapki zapakowaliśmy na dno plecaków i szykowaliśmy się na powitanie lata. Tymczasem...
Następnego dnia nadeszło seroco - nieprzewidywalny wiatr niosący ze sobą zmrożone powietrze z patagońskich pustkowi. W dżungli zapanowała zima.
Kolejne trzy dni spędziliśmy spływając dorzeczem Amazonki - otuleni w dziesiątki warst ubrań i brezentowych płacht, trzęsąc się z zimna, przeszywani arktyczną wilgocią. Dwie noce przetrwane w cieknących "plażowych" namiotach dały nam się mocno we znaki. Zaciskaliśmy mięśnie (i zęby) i marzyliśmy o celu naszej podróży - turystycznym miasteczku Rurrenebaque. Tymczasem...
Rurre okazało się jeszcze mniej przygotowane na seroco niż my. W końcu mieliśmy już na sobie czapki, kurtki, swetry i ciepłe kalesony. Tymczasem rurrańskie restauracje znajdują się na świeżym powietrzu (i nierzadkim widokiem są turyści udający się na kolację zakutani w hotelowe koce), pokoje hotelowe wyposażone są w moskitiery, lodówki i niezliczone wentylatory (a w grzejniki, ciepłą wodę i szyby już nie), a sklepy specjalizują się w sprzedaży lodu, lodów i hamaków.
To właśnie w Rurrenabaque opatentowaliśmy najskuteczniejszy sposób rozgrzania zimnego wnętrza śpiwora - przy pomocy kupionej na bazarze suszarki do włosów.

komentarze(0)

son, 19.07.2010, 17:20.46

298. Jeść! Jeść! Jeść!

18.07.2010, Rurrenabaque, Boliwia
Porzućcie wszelką nadzieję, którzy tu wchodzicie - takie motto powinno wyryte przy wejściu do każdej boliwijskiej restauracji.
- Któż znowu ośmielił się was skrzywdzić? - pytacie znużeni naszymi kulinarnymi perypetiami.
W Boliwii można żywić się na trzy sposoby: w lokalnej mordowni, w której serwuje się danie dnia - zazwyczaj szarawą breję z wystającym kawałem chrząstki; we własnym zakresie, czyli piwem, orzeszkami, wyschniętym chlebem i co tam jeszcze uda się wytargować u starej Indianki; albo w restauracjach "gringo".
Po paru omal nie przepłaconych życiem doświadczeniach z opcją numer 1, staramy się obstawać przy opcji trzeciej (co w wielu wypadkach i tak kończy się opcją numer 2).
Doświadczenia ostatnich dni to: naleśniki i capuchino, oba podane na zimno; wyżywienie wegetariańskie w trakcie zorganizowanej wycieczki w dziczy, które początkowo składało się z ryżu z jajkiem (na śniadanie, obiad i kolację), a następnie z sześciu posiłków pod rząd na bazie tej samej mieszanki warzywnej, której dużą część stanowiła drobno posiekana papryka (auuu!!!); naleśnikarnia, w której pozostał tylko jeden naleśnik oraz nieszczęsna pizzeria, w której zabrakło pizzy (a także canneloni, lasagni, grzanek z mozarellą, wszystkich ośmiu zup figurujących w menu, a o każdym brakującym daniu dowiadywaliśmy się po pięciominutowej przerwie, w trakcie której kelner z trzycentemytrowym paznokciem u kciuka prawej ręki przeprowadzał inwentaryzację kuchni).

komentarze(0)

son, 19.07.2010, 17:20.46

297. Boliwisjcy Indianie

12.07.2010, między La Paz a Sorata, Boliwia
Wjeżdżając do Boliwii obawialiśmy się trzech rzeczy: biedy, natręctwa i Indian "na pokaz". Nasze obawy - jak to zwykle bywa - okazały się tylko częściowo słuszne.
Biedy ukryć się nie da - Boliwia to z całą pewnością najbiedniejszy i najbardziej zacofany kraj, jak zdarzyło nam się oglądać.
Natrętnych sprzedawców, kelnerów, tragarzy, taksówkarzy ani innych naganiaczy, których zwykle pełno w turystycznych rejonach biednych państw w Boliwii prawie nie uświadczyliśmy.
Co do Indian natomiast...
Boliwia jest najbardziej indiańskim krajem na całym świecie. Indianie absolutnie nie są "na pokaz". Wręcz przeciwnie: do turystów odnoszą się z wyraźną niechęcią.
Wiele indiańskich społeczności ma wspólnotowe rządy, które na swoim terenie same stanowią prawo. To rady starszych decydują o tym, ile kosztować ma butelka wody w lokalnym sklepie, o tym, czy odkryte niedawno skamienieliny dinozaurów mają byś udostępnione archeologom, czy może raczej zakopane z powrotem, a także od tym, czy przypadkiem nie należałoby spalić lokalnej komendy policji, której pracownicy nie stosują się do nakazów wioskowej rady (w takiej sytuacji policjanci, o ile są jeszcze żywi, opuszczają komendę i nie wracają dopóki rada starszych nie zorganizuje odbudowy posterunku i nie zaprosi ich z powrotem).
Boliwijscy Indianie w zasadzie są chrześcijanami. W rzeczywistości nigdy nie wyrzekli się wiary w Pachamamę - Matkę Ziemię. Indianie z okolic Potosi podczas dorocznego święta tinku urządzają pijackie bijatyki, podczas których im więcej poleje się krwi, tym lepsza ofiara dla Pachamamy. W (nierzadkich) przypadkach zgonów (które uważane są za ofiarę najskuteczniejszą) społeczność troszczy się o rodzinę zabitego.
Nam najbardziej zmroziła krew w żyłach opowieść o studencie ostatniego roku turystyki, który pojechał w rodzinne strony przedstawić strarszym swój dyplomowy projekt aktywizacji turystycznej regionu. Nie wiadomo, co dokładnie się stało (ewidentnie starszym projekt nie przypadł do gustu), ale student zwrócony został władzom martwy i z wyłupionymi oczami.

komentarze(0)

son, 19.07.2010, 17:20.45

<< nowsze notatki | starsze notatki >>