mrowisko.net/antypody
szukaj w notatkach
mapa
drukuj
antypody -> najnowsze notatki

Jeśli wpiszesz tutaj swój mail, będziemy informować cię o nowych notatkach.


dość robactwa!

<< nowsze notatki | starsze notatki >>

269. Co ksiądz, to obyczaj

29.06.2010, między San Antonio de Lipez a Huayllajara, Boliwia
- Dlaczego mieszkańcy opuścili wioskę? - zagadnęłam naszego przewodnika.
- Dlaczego opuścili? Piętnaście lat temu zostało ich już tutaj bardzo niewielu. Większość umarła na choroby spowodowane gazem kopalnianym. Nadeszła plaga viscachas*. Nie było czym ogrzewać domów. I wtedy przyjechał ksiądz z Polski. Zaoferował mieszkańcom nowy kościół, ciężarówkę i generator prądu. W zamian za złote obrazy ze starego kościoła. No i mieszkańcy się zgodzili. Zbudowali nową wioskę kilkanaście kilometrów dalej. Kościół jest właśnie wykańczany. Ciężarówka raz w tygodniu jeździ do najbliższego miasteczka**. A obrazy? Ksiądz wywiózł je do Polski.

* Viscacha to niewielki gryzoń, coś pośredniego między szczurem a królikiem.
** Oddalonego o 200 kilometrów przejezdnych tylko dla samochodów z napędem na cztery koła.

komentarze(0)

son, 06.07.2010, 17:06.16

268. Czy wiecie, że...

Przebiegnięcie kilkunastu metrów pod niewielką górkę na wysokości 5000 m. n.p.m skutkuje bólem mięśni całego ciała (w wyniku niedotlenienia).

komentarze(0)

son, 06.07.2010, 17:06.16

267. Kuzynki wielbłąda

28.06.2010, między Tupiza a San Antonio de Lipez, Boliwia
- Do czego właściwie służą lamy? - zastanawiacie się w kraju bydła rogatego.
Każdemu do czego innego. W luksusowych hotelach trzyma się je dla ładnego widoku. Hoduje się je na wełnę, na skórę i na mięso. Odchody lamy używane są jako opał. I tylko mleko lamy jest zbyt słone, nawet na ser.

komentarze(0)

son, 06.07.2010, 17:06.15

266. Z cyklu: Rozmowy z Anglikami

28.06.2010, między Tupiza a San Antonio de Lipez, Boliwia
- Skąd jesteście? Z Polski? A w jakim kraju mieszkacie?
***
- My mamy wielu znajomych Polaków, kolegów z pracy. Gdzie pracujemy? Jesteśmy kucharzami.
***
- Znamy kilka słów po polsku: "dzię-ku-ję", "jak-sie-masz" i "du-ży-ba-ła-gan". Nasz szef tak zawsze mówi na nasz widok.

komentarze(0)

son, 06.07.2010, 17:06.15

265. Nasz przewodnik

28.06.2010, między Tupiza a San Antonio de Lipez, Boliwia
Zastanawiacie się pewnie, jak skończyła się nasza przygoda z przewodnikiem po Boliwii. To długa historia.
Najpotrzebniejsze strony wydrukowaliśmy w Tilcara. Potem, już w Boliwii, natknęliśmy się na egzemplarz przewodnika po francusku i skserowaliśmy kolejny najpotrzebniejszy rozdział (plany naszej podróży wciąż się zmieniały). Aż wreszcie dopadliśmy przewodnik po angielsku (niestety dość wiekowy) i z bólem serca oddaliśmy za niego przewodnik po Chile (skserowawszy uprzednio najpotrzebniejsze rozdziały).
Przy okazji dowiedzieliśmy się, że w Boliwii w hostelowych biblioteczkach obowiązuje zasada wymiany grubszych książek na cieńsze (ewentualnie dwie książki za jedną albo jeden do jednego plus dopłata w wysokości dziesięciu bolivianów).

komentarze(0)

son, 06.07.2010, 17:06.15

264. Czy wiecie, że...

Oryginalna butelka Coca Coli została zaprojektowana tak, by odróżnić ją było można od innych nawet po omacku. Charakterystyczne wybrzuszenie inspirowane było kształtem orzechu koki, a skręcone rowki przywodzić miały na myśl sylwetkę kobiety w letnim odzieniu.

komentarze(0)

son, 06.07.2010, 17:06.15

263. Tupiza

27.06.2010, Tupiza, Boliwia
Boliwia dopiero rozpoczyna swoją turystyczna karierę. Na razie rządowe organizacje zajmują się raczej analizą danych statystycznych niż promocją atrakcji kraju. Rolę informacji turystycznych przejęła więc inicjatywa prywatna, która - chapeau bas - produkuje mapki orientacyjne o niebo lepsze od tych argentyńskich. Praktycznie każdy hotel ma swoją własną agencję podróży i w hotelowej recepcji załatwić można praktycznie wszystko: od wymiany waluty, poprzez organizację wycieczki w dowolny zakątek prowincji, po rezerwację biletu na pociąg.
Przedsięwzięcia cieszące się powodzeniem wśród turystów natychmiast znajdują swoich naśladowców; i tak w niewielkiej Tupizie jest kilkanaście przytulnych pizzerii (wszystkie wyglądają, jak gdyby wyszły spod ręki tego samego projektanta) oferujących szeroki wybór dań wegetariańskich w identycznych jak dwie krople wody menu.
Centrum handlowe Tupizy zgromadzone jest wokół mięsno-warzywnego targu obrośniętego wianuszkiem mini-sklepików (w każdym ledwie mieści się gruba Indianka) z idenycznym asortymentem: przepołowione kurczaki, mąka prosto z worka, zapalniczki, lizaki...

komentarze(0)

son, 06.07.2010, 17:06.15

262. Linda i Laguna

27.06.2010, Tupiza, Boliwia
Tym razem poprosiliśmy o konie "normalne". Bo to tej pory jeździliśmy na egzemplarzach solidnych, stabilnych, obojętnych na czynniki zewnętrzne i mało żwawych.
Laguna i Linda okazały się płochliwe, skoczne i zdecydowanie bardziej skłonne do wchodzenia w kłus. (A może był to trucht? W każdym razie w biegu zarzucały do góry zadem.)
Różniły się przy tym charakterami. Laguna podążała krok w krok za koniem przewodnika, potykając się przy tym zdecydowanie zbyt często (według Krz). Linda trzymała prostą i nie skręcała bez wyraźnego przykazu. Miała za to swoje zdanie na temat tego, w jakiej kolejności powinny być zwiedzane "atrakcje" naszej trasy: Wąwóz Gnoma, Diabelskie Wrota oraz Dolina Samców, nazwana tak ze względu na charakterystyczny kształt zwietrzałych skał.

komentarze(0)

son, 06.07.2010, 17:06.15

261. Z cyklu: Gringorady

Pożywienie.
W każdej bardziej turystycznej miejscowości znajdziesz
backpacker's cafes, a w nich uniwersalne jedzenie, którym żywią się backpackersi całego swiata: muesli czy naleśniki z bananami. Nie zakładaj jednak automatycznie, że standardy higieny w kuchniach tych restauracji są wyższe niż w lokalnych knajpach.

komentarze(0)

son, 06.07.2010, 17:06.15

260. Boliwio, witaj!

26.06.2010, między Villazon a Tupiza, Boliwia
Stało się. Jesteśmy w Boliwii: nieco zszokowani przejściem granicznym (cały ruch lokalny odbywa się tu bez kontroli); walczący z bólem głowy oraz zadyszką (graniczne miasteczka La Quiaca i Villazon położone są na wysokości ponad 3 tys. m n.p.n.); ciągle pod wrażeniem odległości dzielącej nas od Ushuaia, początku naszej podróży (5171 km).

komentarze(0)

son, 02.07.2010, 18:12.05

259. Quebrada Humahuaca (Argentyna)

26.06.2010, między Villazon a Tupiza, Boliwia
Quebrada Humahuaca to rozległa dolina położona na dalekiej argentyńskiej północy. Jeszcze nie tak dawno temu maszerowały tędy karawany osłów i lam transportujących sól i inne rarytasy. Dzisiaj towary przwożone są ciężarówkami, a tory starej kopalnianej kolejki rozpadają się podmywane przez niepozorną o tej porze roku rzekę (pada tu tylko w styczniu i lutym).
W dolinie przyczaiły się urokliwe miasteczka prawie w całości zbudowane z gliny. Większość ich mieszkańców to rdzenni Indianie. To jeden z najcieplejszych rejonów Argentyny i odwiedziliśmy go naprawdę w ostatniej chwili. Już za tydzień rozpocznie się coroczny najazd Argentyńczyków, który w lipcu tradycyjnie wyjeżdżają na zimowe wakacje.

komentarze(0)

son, 02.07.2010, 18:12.05

258. Cocina andina (Argentyna)

26.06.2010, między Villazon a Tupiza, Boliwia (!)
W końcu, w ostatnich dniach naszego pobytu w Argentynie, udało nam się skosztować prawdziwych andyjskich potraw. Bo wcześniej w naszym menu królowały pizze, kluski i empanadas (pokaźne pierogi z chlebowego ciasta), proste sałatki i upolowane od czasu do czasu awokado.
- Potrawy "andyjskie"? A co to takiego? - zapytacie. - Poza daniami z lamy, oczywiście.
To kozi ser - podawany na słodko z marmoladą, na ostro z piklami albo przysmażany w panierce niczym prawdziwy smażeny syr.
To ziarna białej kukurydzy usmażone z czosnkiem i pietruszką.
To przyrządzane na wszelkie możliwe sposoby - od risotta po pożywne zupy - quinoa - andyjskie zboże.
Andyjska kuchnia zasmakowała nam do tego stopnia, że opóźniliśmy nasz wyjazd z Argentyny o jedną kolację.

komentarze(0)

son, 02.07.2010, 18:12.05

257. Z cyklu: Rozmowy z Argentyńczykami

26.06.2010, między Tilcara a La Quiaca, (jeszcze wciąż) Argentyna
- Nie, my nie jesteśmy Polakami. Jesteśmy Argentyńczykami - pani Ewa Leszczyński mówiła wolno i wytwornie. - Mój tata był Polakiem. Ze Lwowa. Generał Anders, Anglia. Wybrał Argentynę. A mama była Włoszką. Co tu robimy? Jesteśmy na wakacjach. Tutaj urodziła się nasza pierwsza córka.
- Bo my pracowaliśmy wtedy w wojsku - do rozmowy dołączył się kolega męża pani Ewy i przeszliśmy na castellano. - Dużo podróżowaliśmy po kraju.
Nie ciągnęliśmy tematu. Byłym argentyńskim wojskowym nie zadaje się pytań.
- A teraz, za miesiąc-dwa, przeprowadzamy się do Hiszpanii - pani Leszczyński wolała rozmawiać po polsku. - Dlaczego? Jedna z naszych córek mieszka w Madrycie, wyszła za mąż za Polaka. Druga żyje w Barcelonie. Trzecia - w Londynie. Najmłodsza przeprowadzi się z nami.

komentarze(0)

son, 02.07.2010, 18:12.03

256. Z cyklu: Gringorady

Bezpieczeństwo. Policja.
Nigdy nie odnoś się z lekceważeniem do przedstawicieli lokalnej władzy (co wcale nie znaczy, że w razie nieporozumienia, nie możesz pozostawać stanowczy). Wiedz, że policjanci najprawdopodobniej zarabiają bardzo niewiele i przysługujący im z tytułu noszenia munduru szacunek jest jednym z ich nielicznych przywilejów. Pamiętaj, że urażony policjant może uczynić twoją sytuację bardzo trudną lub wręcz nieznością.

komentarze(0)

son, 02.07.2010, 18:12.03

255. Duże zwierzę, małe zwierzę

Wyczytaliśmy, że w żadnym wypadku nie należy przechodzić pomiędzy plażującą foką a morzem. Foka może się bowiem poczuć zagrożona i nas stratować.
Z własnego doświadczenia dodajemy: w strefach bardziej równikowych analogiczne nieszczęście może nastąpić jeżeli karaluchowi odetniemy drogę do zsypu.

komentarze(0)

son, 02.07.2010, 18:12.03

254. Z cyklu: Rozmowy z Argentyńczykami

26.06.2010, między Tilcara a La Quiaca, (jeszcze wciąż) Argentyna
- Jedziecie do Boliwii? To piękny kraj! Na pewno wam się tam spodoba - właściciel sklepu ze zdrową żywnością przerwał odważanie suszonych moreli. - Tylko musicie koniecznie uważać z jedzeniem. Zawsze zajrzyjcie do kuchni. Bo w wielu miejscach nie ma wody bieżącej i warzywa myte są w rynsztoku. Ale nie martwcie się, to naprawdę piękny kraj - sprzedawca dostrzegł nasze szeroko otwarte oczy i czym prędzej poczęstował nas dmuchanymi ziarnami amarantusa. - Zawsze można przeżyć o piwie i orzeszkach ziemnych.

komentarze(0)

son, 02.07.2010, 18:12.03

253. Los mochilieros*

25.06.2010, Tilcara, Argentyna
Przemieszczając się po Antypodach bacznie obserwujemy wpływ przewodników na migracje turystów.
Czasem w jakimś hotelu (knajpie albo miasteczku) aż roi się od Francuzów (Izraelitów albo Amerykanów). A to dlatego, że dany hostel (restauracja albo wioska) opisany został w Lonely Planet (Footprint albo Guide Routard).
Kiedy indziej w jakiejś niepozornej mieścinie znienacka natykamy się na całe tłumy mochilieros. To wynik opisania tego akurat (a nie dajmy na to - sąsiedniego) pueblo w zbiorczym przewodniku po całej Ameryce Południowej.
Od czasu do czasu natrafiamy też na miejsca odwiedzane przez samych Argentyńczyków. Albo na regiony, w których masowo osiedlają się europejscy ekspaci oraz uciekinierzy z argentyńskich miast.
Takie miejsca lubimy zresztą najbardziej. Bo nikt nie wie lepiej, czego potrzeba strudzonemu podróżnikowi niż prawdziwy ekspat, który nie jeden kraj w życiu zjeździł. A nie trzeba wiele: ma być czysto, z widokiem, intymnie, z aktualnym rozkładem autobusów wywieszonym w widocznym miejscu... No i koniecznie - ta kawa z ekspresu!

* Mochilieros*, czyli backpackers, czyli "turyści z plecakami".

komentarze(0)

son, 02.07.2010, 18:12.02

252. Czy wiecie, że...

Święty Jan jest w północnej Argentynie patronem owiec.

komentarze(0)

son, 02.07.2010, 18:12.02

251. Z cyklu: Rozmowy z Argentyńczykami

22.06.2010, Tilcara, Argentyna
- Ah, de Polonia! Cracovia? Como el Papa? No?* A teraz ten biedaczysko... On nie jest wienien: ktokolwiek by przyszedł po naszym Papieżu, nie byłby mile widziany - starsza pani, właścicielka hostelu mówiła wolno i dobitnie, zupełnie nie zważając na to, że po długiej podróży, naprawdę chcielibyśmy się już znaleźć we własnym łóżku. - A jak Papa odwiedził naszą Saltę, to poszłam na mszę do katedry, na siódmą rano. Nic nie podawali, ale tak sobie obliczyłam, że skoro wylatuje o dziesiątej, to na pewno pierwszą poranną mszę będzie odprawiał. No i namówiłam moją współ-teściową i poszłyśmy. I tak niewielu nas było, że nas wszystkich wyściskał i ucałował! - w końcu oddała nam paszporty i wręczyła klucz.

* Ach, z Poski! Z Krakowa? Jak Papież? Nie?

komentarze(0)

son, 02.07.2010, 18:12.01

250. Samo życie

22.06.2010, między Saltą a Jujuy, Argentyna
czyli podróżne przypadłości (zabawne albo i nie)
Są takie dni podczas podróży (i jest ich znacznie więcej niż wam się zdaje), kiedy nic się nie układa.
***
Postanawiacie pozbyć się butli z gazem (tak, tej samej, w poszukiwaniu której spędziliście całe 5 dni trzy miesiące temu). Zgodnie z instrukcją obsługi, decydujecie się wypalić resztkę chlupoczącego w butli gazu. Po dwóch godzinach ogień wciąż się pali, pakujecie więc (już naprawdę prawie zupełnie pustą) butlę z powrotem do plecaka. Palnika jednak zapakować się nie da - jest rozgrzany do czerwoności.
***
Odkryliście, że spleśniał wasz świeżo zakupiony zapas mieszanki orzechowej; nowe kubeczki smakują metalem; oliwa przeżarła się przez trzy warstwy plastikowych torebek.
***
Decydujecie się kupić kolejny przewodnik (tym razem po Boliwii) w pdf-ie (potrzebne wam tylko dwa rozdziały). Niestety połączenie internetowe nie jest wystarczająco stabilne, żeby ściągnąć kupione pliki. Udaje się to już w następnym hotelu i szczęśliwi przeglądacie swój nowy przewodnik. Odkrywacie, że stron, które chcielibyście wydrukować (trudno wyciągać laptop na dworcu autobusowym, czy na głównym skrzyżowaniu miasta, nie mówiąc o wycieczce na koniu) jest ponad dwieście. Z doświadczenia wiecie, że koszt wydruku wyniesie więcej niż kupno przewodnika w wersji papierowej (a i waga wydruków będzie większa). Ruszacie więc na przegląd lokalnych księgarni (traf chciał, że akurat jesteście w całkiem sporym mieście). Znajdujecie przewodniki po Argentynie, Brazylii, Chile i Peru (tak, ten sam, którego przez tydzień bezskutecznie szukaliście w Buenos Aires). Boliwii brak. Dokupujecie więc przez internet dwa kolejne rozdziały (przez ostatni tydzień plan waszej podróży zdążył się już zmienić trzykrotnie) i ruszacie do punktu xero wydrukować tylko najpotrzebniejsze strony (poczekać musicie dwa dni, bo trafiliście na długi weekend). Miła pani za ladą nie umie niestety skonfigurować ustawień drukarki i co druga strona przewodnika drukuje się w nie tylko do góry nogami, ale także w odbiciu lustrzanym.
***
Zachciało wam się zjeść (niesłodką) kolację PRZED pójściem do kina (seans o 20:00). Nie, nie macie ochoty na hot-doga. Po trzech kwadransach bezowocnych prób zadowalacie się paczką chipsów.
***
Chcielibyście wypalić DVD z zapasową kopią zdjęć i wysłać je do Polski. Szukacie kawiarni internetowej z działającą wypalarką DVD...

A zresztą! Po co się denerwować. Jesteście w końcu na wakacjach!

komentarze(0)

son, 02.07.2010, 18:12.01

<< nowsze notatki | starsze notatki >>