mrowisko.net/maja
Lilypie - Personal pictureLilypie Kids Birthday tickers
szukaj w notatkach
o co chodzi
drukuj
maja -> sierpień 2010

Jeśli wpiszesz tutaj swój mail, będziemy informować cię o nowych notatkach.

Żarłok

Krzyś to nasz wielki żarłok. Na śniadanie, obiad i kolacje je więcej niż Maja. Dodatkowo jeszcze je częściej niż Maja. Nie wiem, gdzie on to wszystko mieści.

Wczoraj na obiad szybko zjadł swoją porcję a następnie rzucił się na mięsko z Mai talerza. Niestety jego siostra je wolno, co wpływa tylko na Krzysia korzyść.

Maja już zorientowała się, że w domu mamy wielkiego łakomczucha i jak tylko chce coś zjeść w ciągu dnia (jakiś owoc, jogurt z płatkami czy coś słodkiego) chowa się przed Krzysiem w małym pokoju. Słychać wtedy tylko trzask zamykanych drzwi poprzedzony informacją:

- Idę się zrelaksować!

Autor:

komentarze(0)

Dodano: 25.08.2010, 10:15.11

Jak Adam i Ewa

- A gdzie są dzieci? - Gosia poderwała się od działkowego stołu.

Przez ostatnie 6 dni spędzaliśmy (ja i dzieci) wakacje na działce Gosi i Filipa. Krzyś nie mógł usiedzieć w domu. Trzy tygodnie życia wyłącznie na powietrzu zrobiły swoje. Żadne zabawki, żadne domowe rozrywki nie potrafiły zastąpić mu bycia poza czterema ścianami. Wyjechaliśmy zatem na swego rodzaju adaptację do warunków mieszkalnych innych niż namiot. Gdzieś, gdzie dzieci będą czuły swobodę, ale również powoli przyzwyczają się do życia w domu.

- Nie wiem, chyba w domku - odpowiedziałam, ale niepotrzebnie, bo Gosia już tam była.

- O jejku, a co wy robicie? - dało się słyszeć zdumiony głos Gosi dochodzący z dużego pokoju.

Okazało się, że Kontanka i Krzyś zabrali z kuchennego blatu jabłko i postanowili spożyć je z dala od rodziców i reszty towarzystwa, którzy mogliby nie pochwalić ich wyczynu lub co gorsza zjeść jabłko sami. Wyglądali jak Adam i Ewa. Konstancja trzymała w rękach pogryziony już znacznie owoc i raz na jakiś czas, gdy Krzyś otwierał mocno buzię częstowała go z wielką chęcią. Śmiechu mięliśmy co nie miara. Po jakimś czasie znaleziony został tylko sam ogonek.

Jeszcze do niedawna Krzyś, na wzór Maurycego, popychał Kontankę przy każdej nadarzającej się okazji. Ona natomiast, jak tylko Krzyś się zbliżał uciekała, lub zaczynała płakać, gdy na ucieczkę było już za późno. A teraz? Proszę, dzielą się jedzeniem, czymś co każde z nich uważa za najważniejsze pod słońcem.

Autor:

komentarze(0)

Dodano: 24.08.2010, 12:18.47

Kempingi i biwaki (Dania cz.5)

Jaka jest różnica między biwakiem a kempingiem w Dani?
Czyste, zadbane pole kempingowe nie jest w tym kraju rzadkością. Spokój i ciszę oferują w pakiecie gratis. Nikt nie hałasuje, nikt nikomu nie narzuca swojego sposobu na wypoczynek, ludzie są uprzejmi i mili, nikt nikomu nie wadzi.
Biwak to nic innego jak kawałek pola lub trawnika u gospodarza. Często postawionych jest kilka drewnianych wiatek, pod którymi można się schronić w razie deszczu lub po prostu w nich spać. Turyści mają do dyspozycji oddzielną łazienkę z toaletą. Biwaki są głównie przeznaczone dla wiecznie podróżujących rowerzystów, którzy nie bawią w jednym miejscu więcej niż dwa dni. Nam udało się się spędzić na takich biwakach 10 nocy i nie narzekamy. Było czysto, kameralnie i tanio.

Przez trzy tygodnie wszyscy przyzwyczailiśmy się do życia na biwakach i kempingach. Dzieciom wystarczała choćby najmniejsza rozrywka w postaci zjeżdżalni czy huśtawki a jak była trampolina (która jest obowiązkowym elementem każdego duńskiego przydomowego podwórka) to dzieci w ogóle nie było. Maja świetnie opiekowała się młodszymi, podnosiła alarm zawsze, gdy trzeba było kogoś ratować z opresji. Z czasem zagrożenie niebezpieczeństwem na placach zabaw zmalało, nasz próg tolerancji na to, co dziecko może a czego nie znacznie się podniósł.

Skład dzieci był następujący: Maja (7 lat), Maurycy (3 lata), Krzyś (18 miesięcy), Kontanka (14 miesięcy).

- Dzieci… – słychać gdzieś nawoływania Mai. – Nie mówię do ciebie Maurycy – zaraz się poprawia. - Bobaski… - słychać ponownie. Najwidoczniej wiek wyrażany w latach a nie w miesiącach ma ogromne znaczenie. To coś jak różnica między duńskim kempingiem i biwakiem ;)

Autor:

komentarze(0)

Dodano: 24.08.2010, 11:53.40

Wszystko co dobre

Krzyś poczynił postępy lingwistyczne.
„Able” lub „doble” to nic innego jak pierwsze prawdziwe słowo Krzysia.
Jedzenie zawsze jest „able”. Nawet to nieprawdziwe, które przynosi nam Krzyś na niby do spróbowania. „Doble” mówi wkładając nam zabawkowy widelec do buzi i kiwa przy tym głową z uznaniem.

Autor:

komentarze(1)

Dodano: 24.08.2010, 10:45.24

Bliżej natury

- Maja, załóż skarpetki – wołam.

- A po co? – pyta Maja ze zdziwieniem.

- Bo wychodzimy, a jak założysz buty to sobie poobcierasz nogi.

- No nie wiem… To tak nienaturalne… Wolę biegać boso.

Autor:

komentarze(0)

Dodano: 24.08.2010, 10:45.24

Trochę o toaletach (Dania cz.4)

Toalety w Danii są łatwo dostępne zarówno dla turystów jak i zwykłych obywateli. Przy każdym kościele stoi mały budynek, w którym w razie potrzeby można umyć ręce i skorzystać z ubikacji. Jest zazwyczaj czysto i schludnie, tak jakoś zupełnie inaczej niż u nas.

Gdzieś na leśnym parkingu. Maja wraca z Markiem z toalety.

- I jak, poszło? – pytam, czy wizytę można uznać za sukces.

- Tak – kiwa Maja z obojętnością, bo nie to było najważniejsze. Dopiero po chwili słyszymy prawdziwą sensację. – Mamo, a wiesz, ile tam było rolek papieru?

Jednak czasami nawet i w Danii można napotkać na oczywiste oznaki „cywilizacji”. W jednej z przykościelnych toalet w miejscowości Ribe papier toaletowy był zablokowany kłódką, co uniemożliwiało zdjęcie go z uchwytu.

Autor:

komentarze(0)

Dodano: 24.08.2010, 10:45.24

Ryż, ziemniaki i brudna sprawa (Dania cz.3)

Któregoś razu po obiedzie naszły nas refleksje, co u kogo zawsze było, jako dodatek do obiadu.

- U mnie zawsze były ziemniaki – stwierdza Filip.

- A u mnie było różnie, kasza, makaron albo ziemniaki – mówi Gosia.

- Nie, u mnie zawsze były ziemniaki, ewentualnie makaron, ale bardzo rzadko – mówię. – U Marka natomiast tylko ryż i makaron – dodaję.

- A u mnie w domu zawsze jest … brudno – mówi przyłączając się do rozmowy Maja.

Autor:

komentarze(0)

Dodano: 24.08.2010, 10:45.24

Wiek to rzecz względna (Dania cz.2)

- Maja to cała babcia – mówi Gosia przypatrując się naszej Majolce. Maja robi niezadowoloną minę. – No co? To nic złego wyglądać, jak babcia… w tym wieku – dodaje żartując sobie Gosia.

- Przecież ja nie mam 30 lat, żeby wyglądać, jak jakaś stara babcia – odgryza się Maja.

Autor:

komentarze(1)

Dodano: 24.08.2010, 10:45.24

Dunia, namioty, rowery i my (Dania cz.1)

Na wakacje pojechaliśmy do ojczyzny Duńczyków, czyli tzw. Dunii. W dwie rodziny, w dwa samochody, cztery osoby dorosłe, czworo dzieci, pięć rowerów, z jedną przyczepką i jednym fotelikiem i z dwoma namiotami.

***
- Mamo, a dlaczego jedziemy akurat do Danii? – pyta Maja znużona już długą podróżą.

- Maju, bo tak wybraliśmy, żeby było ciekawiej – odpowiadam starając się ukryć irytację. Przecież staramy się zapewnić dzieciom ciekawe wakacje, a tu taka wdzięczność.

- A nie możemy jechać gdzieś indziej? – Maja włącza jęczący ton.

***
Na trasie postój co godzinę lub co 100 km. Najmłodsze dłużej nie wytrzymywały.

***
Początkowo wycieczki rowerowe były krótkie. Zaczęliśmy od trasy 10-kilometrowej. Maja po pierwszym razie miała dość.

- A mówiliście, że będzie płasko! – wybucha płaczem podchodząc pod kolejne wzniesienie.

To fakt, Dania miała być płaska i miało być mnóstwo ścieżek rowerowych. Na „dzień dobry” zastaliśmy górki, piękne wiejskie krajobrazy ale ścieżek jakoś brakowało. Potem okazało się, że jak już ścieżki są to takie, jakich w Polsce nigdzie nie widzieliśmy. Szerokie, z dobrej nawierzchni (często po prostu jest to oznaczone pobocze), oddzielny pas na rondzie a w miasteczkach ścieżki zastępują chodniki, pieszych w ogóle nie ma (wszyscy jeżdżą na rowerach).

***
Upał. Jedziemy 6 km/h, co chwila zerkam na licznik, naprawdę szybciej się nie daje. Jadę za Mają i staram się ją jakoś dopingować, ale kiepsko mi to idzie. Nagle Maja się zatrzymuje.

- Maju, dlaczego stajesz? – pytam zmęczona powolną jazdą, wiedząc, że gdzieś tam przed nami czeka na nas reszta wycieczki, pewno zażywając błogiego cienia, a my tymczasem stoimy bez sensu w pełnym słońcu.

- Nie mogę już podjechać – odpowiada ledwo żywa Maja.

- Maja, ale tu jest z górki – odpowiadam z rezygnacją.

- Tak? – pyta rozglądając się w koło ze zdziwieniem.

***
Pod koniec wyjazdu było znacznie lepiej. Średnia wycieczek urosła nam do 24 km, a Maja z większą śmiałością wskakiwała na rower i pokonywała duńskie górki. Ostatnie dwie trasy okazały się rekordowe, bo po 40 km.

- Jeszcze 15 km – oznajmiam Mai na postoju, ale szybko zobaczyłam, że nie było to dla niej pocieszenie. – Ale przejechałaś już 25 km – staram się odwrócić kota ogonem.

- Tak, a ile będzie razem? – pyta ze zdecydowanie lepszą miną.

- No jakieś 40 km. Jak tak dalej pójdzie to stuknie ci dzisiaj 250 km podczas całego wyjazdu. Chyba nikt nie zakładał, że ten rower i ty tyle tu przejedziecie – mówię z podziwem.

- No i pewno zrobię w te wakacje jeszcze więcej – w głosie Mai już nie słychać zmęczenia tylko entuzjazm.

- Pewno tak. Jeszcze jutro jest ostatnia wycieczka ale raczej krótka.

- Aha, pewno takie 20 km – macha ręką Maja.

I pomyśleć tylko, że jeszcze niedawno te 20 km to był szczyt naszych marzeń.

***
Potem zaczął lać deszcz. Ostatnie 7 km pokonywaliśmy w strugach deszczu. Maja od stóp do głów ubrana w „ceratę” pędziła jak burza. Pod nosem śpiewała piosenkę („Niech żyją wakacje”) i tryskała niespotykanym humorem.

- Mamo, ile masz na liczniku?

- 34 km.

- To ile jeszcze do setki? – humor jej nie odstępował nawet na krok.

Jak widać, za dziećmi czasem trudno jest nadążyć.

***
Niezależnie od pokonanych przez Maję kilometrów śmiało możemy powiedzieć, że mamy bardzo dzielną córkę. Do przewidzenia było, że w ciągu trzech tygodni musi się coś wydarzyć, coś co przyjdzie z zaskoczenia, w najmniej oczekiwanym momencie. Krzyś uraczył nas dwudniową gorączką, Maja natomiast dwoma wypadkami.
Pierwszy okazał się zupełnie niegroźny. Trochę strachu i jeżynowych kolców w dłoni. Drugi był znacznie gorszy. Zjeżdżając z górki na piaskowo-kamienistej drodze Maja straciła panowanie nad kierownicą i wywróciła się przelatując przez nią. Na całe szczęście nie połamała się. Gosia, która była pierwsza przy Mai, z ziemi zebrała ząb a z zakrwawionej buzi wyjęła kamyki. Reszta obrażeń zewnętrznych to mocne otarcia skóry na rękach, nogach i klatce piersiowej. Obyło się jednak bez płaczu, tylko krzyk przerażenia. Za pół godziny Maja była znowu na rowerze ciesząc się, że będzie miała co opowiadać w szkole, a następnego dnia pokonała przepisowe 24 km. Brawo!
W całej tej historii ważna jest jeszcze jedna osoba. Filip. To on wykazał się nie lada refleksem i szybko skręcił w krzaki tym samym nie rozjeżdżając leżącego na drodze naszego dziecka. Udowodnił tym również, jak ważne jest noszenie kasku. Nawet jeżeli uważa się, że ostatni raz spadło się z roweru w 85-tym. Po jakimś czasie od całego zajścia zauważyliśmy, że w kasku Filipa jest wyrwa wielkości piąstki dziecka. Nawet nic nie poczuł. Gdyby nie kask pewnie miałby dziurę w głowie.

Autor:

komentarze(0)

Dodano: 24.08.2010, 10:45.23