mrowisko.net/xinjiabo
szukaj w notatkach
mapa
drukuj
singapur -> styczeń 2010
Nowe zdjęcia z Kluang i hinduskiego święta Thaipusam w Singapurze.

Jeśli wpiszesz tutaj swój mail, będziemy informować cię o nowych notatkach.


dość robactwa!

<< nowsze notatki | starsze notatki >>

1033. Dobrze, bo cicho

W roku 2000, na wzór innych krajów "pierwszego świata", założono w Singapurze speaker's corner.
Wieść niesie, że - zanim rozmównica zarosła mchem - na wygłoszenie publicznego przemówienia zdecydowało się całych osiemnastu śmiałków (większość z nich jeszcze w dniu inauguracji rozmównicy).
Singapurski kącik mów opatrzono bowiem - zupełnie inaczej niż w innych krajach "pierwszego świata" - specjalnymi obostrzeniami. Potencjalny orator zobowiązany był poinformować o przemówieniu lokalną komendę policji. Ograniczenia dotyczyły także tematu mowy: zabroniono poruszania kwestii religijnych oraz etnicznych.
Niska frekwencja mówców bardzo ucieszyła singapurski rząd, a premier uznał go za swój niemal osobisty sukces (To me it [the Speaker's Corner] is very successful, because very few people go there to speak).
Spostrzegłszy ewidentny brak zagrożenia ze strony obywateli, zdecydowano się złagodzić przepisy. Obecnie chętni mogą rejestrować się przez Internet, a nawet używać głośników. Na "wszelki wypadek" w okolicy rozmównicy zainstalowano pięć kamer przemysłowych.

komentarze(0)

son, 28.01.2010, 10:25.50

1032. Nachalne gryzonie

- To są takie królewskie ogrody w centrum miasta - szkicuję mojemu bezpośredniemu przełożonemu obraz warszawskich Łazienek. - Mnóstwo ludzi chodzi tam na spacery, a już szczególnie podczas świąt. I wszyscy karmią takie puszyste rude wiewiórki - kończę opowieść triumfalnie. Wszak od początku tylko o wiewiórki mi chodziło.
- Karmią wiewiórki? - zdziwił się P., dla którego wiewiórka to dzikie zwierzę śmigające gdzieś w koronach drzew.
- No pewnie, że karmią. A jak nie masz orzeszka, to mogą nawet za tobą biec! - uzupełniłam w pełni usatysfakcjonowana wywołanym wrażeniem. Bo rzeczywiście, bezczelność łazienkowych wiewiórek przechodzi czasem granice przyzwoitości.
- Biec?! - przeraził się P., w którego wyobraźni sympatyczne gryzonie przeobraziły się zapewne w stado wrednych małp. - To przecież niebezpieczne!

komentarze(0)

son, 28.01.2010, 10:25.49

1031. My tu gadu-gadu...

Ostatnia wycieczka do rezerwatu mokradeł wyjątkowo wprost obfitowała w gady (i nie tylko!).
Potężne monitory wychodziły zaprezentować się na środku ścieżki; wiewiórki pozowały nam do zdjęcia w sytuacji intymnej; drogę przecięła cała rodzina wielgachnych wydr; zwykle strachliwy jaszczurek drzewny w ogóle nie przejmował się naszą obecnością, a w czeluściach rzeki czaił się... prawdziwy krokodyl!
***
- No to przynajmniej wiemy już, jak wygląda dziki krokodyl - przerwał milczenie Krz.
- A tak - zgodziła się Son szukająca jeszcze lepszego ujęcia. - Wyglądają oczy, a czasem też i nos.

komentarze(0)

son, 28.01.2010, 10:25.49

1030. Z cyklu: Przesądy hinduskie

Jeśli panna młoda płacze podczas ślubu, nie będzie płakała jako kobieta zamężna.

komentarze(0)

son, 28.01.2010, 10:25.48

1029. Pomarańczowe alternatywy

Można narzekać na zobojętnienie singapurczyków. Na to, że zawarli ze swoim rządem niepisane porozumienie o treści: wy dajecie nam dostatek, my was popieramy. Że zawsze czekają na odgórną inicjatywę. Że konsumpcja zastępuje tu kulturę. A przekonanie o byciu krajem - choć nie "narodem" - wybranym eliminuje potrzebę znajomości reszty świata.
Ale trzeba przyznać, że Singapur jest krajem niezwykle wprost skutecznym. Za przykład niech posłużą te oto trzy historyjki.
***
Jedziemy na rolkach trasą wzdłuż lotniskowego pasa. Sportowy pomarańczowy nissan mija nas z prędkością rakiety kosmicznej. Zanim zdążymy wydobyć z siebie - jakże singapurskie - "Yyyy!" wyprzedza nas pościg za piratem drogowym, w postaci policjanta na motocyklu. Gdy docieramy na miejsce zatrzymania, stróż prawa właśnie kończy wypisywać mandat. W chwilę potem pomarańczowy nissan rusza w dalszą drogę z przepisową prędkością.
***
Pewnego wieczora spostrzegamy brak pomarańczowej maty do jogi. Metoda dedukcji prowadzi nas do jednoznacznych wniosków: mata została w autobusie.
Mata odnajduje się już po drugim telefonie pod odpowiedni numer, a główną przeszkodą w jej odzyskaniu są pewne trudności w wytłumaczeniu rozmówcy, co właściwie zginęło (So you lost what, agh? A yoga matt. A what? Yo-ga matt! WHAT?)
***
Jedziemy na rolkach w upalne popołudnie (niestety, bez żadnych pomarańczowych gadżetów). Zbliżamy się właśnie do morderczej (o tej porze dnia) trasy wzdłuż lotniska. Nie mamy już nic do picia.
Raptem, jakby spod ziemi, wyrasta przed nami tablica informacyjna "Uwaga: następny punkt czerpania wody za 10 km". A pod tablicą? Poidełko.

komentarze(0)

son, 28.01.2010, 10:25.48

1028. A Wielki Boss wciąż pyta, pyta, pyta...

- Sonia, czy hamburger w polskim McDonaldzie smakuje tak samo jak w Singapurze? Nie wiesz? A frytki?

komentarze(0)

son, 28.01.2010, 10:25.48

1027. Ach, te tropiki

- Krz, jak ci się spało? - przemyślnie używając czasu przeszłego próbuję dobudzić Krz w poniedziałkowy poranek.
- Nieźle, ale miałem ciężki sen - ziewający Krz wpadł w zastawioną przeze mnie pułapkę.
- A co ci się śniło? - teraz najważniejsze to podtrzymać konwersację.
- Że był sezon godowy krokodyli i było ich mnóstwo. Na wszystkich ścieżkach.

komentarze(0)

son, 28.01.2010, 10:25.48

1026. Joga dla zaawansowanych

Trwaliśmy z lewymi żebrami przełożonymi za prawe kolano i lewą ręką wyciągniętą za prawym uchem.
- Leave completely your bodies! Opuście zupełnie swoje ciała! - motywował nas nauczyciel.
Na tak zaawansowanej sesji to chyba jeszcze nie byłam - przemknęło mi przez myśl.
Ale zaraz zdrowy rozsądek zapukał do moich uszu. Nauczyciel mówił w istocie "Lift completely your bodies", czyli "Unieście swoje ciała".

komentarze(0)

son, 28.01.2010, 10:25.48

1025. Wielki Boss i moja (kolejna) porażka

- Chciałabyś otrzymać potwierdzenie twojego wymówienia? Cóż, najpierw musisz uregulować swój urlop - sekretarka nie wykazywała żadnych chęci współpracy (nic dziwnego, ona też boi się Wielkiego Bossa).
Wspomniany papier okazał się zaś niezbędny do wymówienia umowy najmu mieszkania.
Chodziło o - jakżeby inaczej - o nieszczęsne pół dnia mojej nieobecności, w trakcie którego dowiedziałam się, że urlop zdrowotny już mi nie przysługuje.
Kombinowałam jak... jak Son w tropikach.
- Może uzbieram te cztery godziny z ewidentnych nadgodzin: tu dwie godziny pracy w sobotę, tam zebranie o 21:00... - łudziłam się.
***
"Proszę zmienić na urlop wypoczynkowy" - napisał na moim wykombinowanym podaniu Wielki Boss.
Czym prędzej wprosiłam się na audiencję do świeżo wyremontowanego wielkobossowego gabinetu.
- Chodzi o to, że ja nie mogłam wiedzieć, że urlop mi nie przysługuje - wyjąkałam. - Jak tylko się dowiedziałam, to natychmiast wróciłam do pracy i...
- Przecież masz jeszcze półtora dnia urlopu wypoczynkowego - przerwał mi Wielki Boss.
- Tak, ale... - słowa ugrzęzły mi w gardle.
- Masz z tym jakiś problem? - zagrzmiał Wielki Boss.
- A pewnie, że mam! Mam znacznie lepsze pomysły na spędzanie mojego urlopu niż wysyłanie mailem raportów przez połowę poranka! To w ogóle skandal! - chciałam rzucić Wielkiemu Bossowi prosto w twarz.
- Właściwie to nie - wyszeptałam zamiast tego cichutko, podziękowałam i wyszłam.

komentarze(0)

son, 28.01.2010, 10:25.47

1024. A z rana - kosmitka

Dzisiejszego poranka spotkałam na basenie panią w kostiumie kąpielowym halal, przepraszam, w stroju kąpielowym spełniającym wymogi muzułmańskiej skromności. Pani miała na sobie obcisłe(!) rajtuzy po same kostki oraz kloszowatą luźną bluzę do połowy uda (z długimi rękawami, oczywiście). Całość wieńczyły dwa czepki kąpielowe. Wszystkie fragmenty wyrafinowanego stroju wykonane były z lycry.
- O, kosmitka - pomyślałam w pierwszej chwili. - Pewnie reklamuje coca-colę albo inne papierosy.

komentarze(0)

son, 25.01.2010, 10:40.01

1023. Pomarzyć... nie zaszkodzi

Gdzie jeszcze wybralibyśmy się, gdyby nasze urlopy i weekendy uległy cudownemu rozmnożeniu?
Do Szanghaju - prawdziwej chińskiej metropolii.
Do Sabah - północno-wschodniego Borneo, z mnóstwem przyrodniczych atrakcji i sportowych wyzwań.
Do Pekinu, który jest najbardziej kapitalistyczną stolicą komunistycznego państwa na świecie.
Do Angkor Wat - olbrzymiego kompleksu świątyń w Kambodży.
Do Brunei - jednego z najmniejszych i najbogatszych krajów świata.
Do Hanoi i okolic, bo podobno jest tam jeszcze fajniej niż w Sajgonie.
Do Tun Sakaran - na najpiękniejszą rafę koralową na świecie.
Na Bali - zobaczyć to, czego nam się nie udało zwiedzić za pierwszym razem.
Do Cameron Highlands - rejonu, w którym malajscy rolnicy uprawiają herbatę i truskawki.

komentarze(0)

son, 25.01.2010, 10:40.00

1022. Oops!

Nie sądziłam, że którakolwiek Singapurka jest w stanie wyartykułować taką myśl. A jednak!
- Oops, my skirt is too short*! - usłyszałam wczoraj w damskiej toalecie od lekko zakłopotanej sekretarki.
Dokądże to sięgała jej spódnica? - zżera was ciekawość.
Była tak krótka, że widać było miejsce, w którym lewa nogawka rajstop łączy się z prawą.

* Ups, moja spódniczka jest za krótka!

komentarze(0)

son, 25.01.2010, 10:40.00

1021. Moja Azjatycka Korporacja: Samochód zawsze lepszy

- Wiesz P., przez to, że używamy Autocada w wersji "light" wiele osób nie korzysta z bloków i pracujemy niewydajnie - poskarżyłam się mojemu bezpośredniemu przełożonemu.
- Autocad w pełnej wersji jest bardzo drogi. Nie stać nas na niego - P. jak zwykle bronił interesów firmy.
- Pewnie. Lepiej kupić sobie nowy samochód - wycedziłam przez zęby.
- Oczywiście, że lepiej - zupełnie głośnio przytaknął P.

komentarze(0)

son, 25.01.2010, 10:40.00

1020. Z cyklu: Wielki Boss pyta (na szczęście nie mnie)

- Czy myślicie, że powinienem postarać się o kochankę?

komentarze(0)

son, 25.01.2010, 10:40.00

1019. Chińskie obrzydliwości (cd.)

O pluciu, wciąganiu i charkaniu już pisałam. Teraz będzie o kichaniu.
- A-psik! - donośnie kichnęła pani idąca zaraz przed nami.
- Wiesz Krz, wczoraj widziałam, jak nasza sprzątaczka bez skrępowania kicha na umyte naczynia - poinformowałam Krz z satysfakcją.
- Aaa-psik!!! - pani aż zgięła się w pół, a biała chmura kropelek obficie zrosiła nasze ciała.

komentarze(0)

son, 25.01.2010, 10:40.00

1018. Wielki Boss a peruwiańskie słonie

Pamiętacie, jak przed przyjazdem do Singapuru śniła mi się przeprowadzka na peruwiańskich słoniach? Co zatem śni mi się teraz, przed z Singapuru wyjazdem?
Dziś śniłam, że Wielki Boss odmówił kupienia mi biletu do Nowej Zelandii.

komentarze(0)

son, 25.01.2010, 10:39.59

1017. Windy nocą

Myślałam, że windowego spotkania rozpoczynającego się w czwartek o 21:00 nic nie przebije. A jednak! Kolejne zebranie zaplanowano na piątek o godzinie 21:30.

komentarze(0)

son, 25.01.2010, 10:39.59

1016. Haw Par Villa

Haw Par Villa została zbudowana w latach 30. przez jednego z braci Aw, wynalazców znanej na całym świecie maści tygrysiej.
Otaczający willę park przyozdobiono setkami żelbetowych figur przedstawiających sceny z chińskich wierzeń i przypowieści.
Największe wrażenie zrobiło na nas chińskie piekło: prostytutki - gotowane w zupie z własnej krwi; zalegający z czynszem - poprzebijani "nożowym drzewem"; ściągający na egzaminach - przepołowieni wzdłuż; krnąbrni wobec rodziców - przepołowieni w poprzek; gwałciciele - smażeni w gigantycznym woku; złodzieje - pozbawieni głów oraz górnych kończyn; nieszanujący starszych - z wyrwanymi językami...
Brrr!
Na pocieszenie dodam, że - po odbyciu stosownych tortur - chińscy grzesznicy (a może raczej to, co z nich zostało?) częstowani są cudowną herbatką zapomnienia, a następnie odradzają się w kolejnym wcieleniu.

komentarze(1)

son, 25.01.2010, 10:39.59

1015. Z cyklu: Przesądy chińskie

Czytanie przy jedzeniu prowadzi do niestrawności.

komentarze(0)

son, 25.01.2010, 10:39.59

1014. Drobne przyjemności singapurskiego Ang Moh

Maszeruję przez Chinatown w upalnej porze lunchu. Wokół mnie kłębią się turyści i zachęcający do zakupów sprzedawcy. Mnie nie zaczepia NIKT.
Dlaczego? Mam na sobie DŁUGIE czarne spodnie i koszulę z DŁUGIM lekko podkasanym rękawem.

komentarze(1)

son, 20.01.2010, 11:10.52

<< nowsze notatki | starsze notatki >>