luty 2010
styczeń 2010
grudzień 2009
listopad 2009
październik 2009
wrzesień 2009
sierpień 2009
lipiec 2009
czerwiec 2009
maj 2009
kwiecień 2009
marzec 2009
luty 2009
styczeń 2009
grudzień 2008
listopad 2008
październik 2008
Jeśli wpiszesz tutaj swój mail, będziemy informować cię o nowych notatkach.
dość robactwa!
<< nowsze notatki | starsze notatki >>
427. Z cyklu: moje nowe motto (pracowe)
Każdy ma prawo dać sobie wejść na głowę na tyle, na ile mu się żywnie podoba.
son, 26.03.2009, 15:50.20
426. Ang moh
Po dwóch dniach intensywnego plażowania z kaukaskich wolnomyślicieli przedzierzgnęliśmy się w prawdziwych Ang Moh*, czyli dwa czerwone diabły - z czerwonymi twarzami, czerwonymi szyjami, czerwonymi stopami i czerwonymi nosami.
* "Ang moh" (singlish) - człowiek rasy kaukaskiej, dosłownie "czerwonowłosy".
son, 26.03.2009, 15:50.20
425. Groźna rybka
Krz (po szyję w morzu):
- Son, ta ryba mnie ugryzła!
Son (uspokajająco):
- Ona pewnie tylko obgryzała martwy naskórek.
Krz (zdenerwowany):
- Co ty! Jeszcze chwila i by mnie połknęła!
(Ryba była żółtawa w czarne kropki, wielkości pięciozłotówki).
son, 26.03.2009, 15:50.20
424. Kraby muszelkowe
Kraby muszelkowe są niewątpliwą atrakcją wyludnionych plaży. Bo kto to widział, żeby muszelka żwawo uciekała na sześciu (a może ośmiu) nóżkach?
Uważać jednak trzeba na kraby o wyrobionym guście estetycznym. Inaczej razem ze śliczną muszelką do plecaka można zapakować takiego wojowniczego pasażera na gapę.
son, 26.03.2009, 15:50.19
423. Cenzura obyczajowa
Zatroskany Krz (zupełnie serio):
- Son, nie przebieraj się tak na plaży, bo ktoś może zadzwonić po policję religijną.
son, 26.03.2009, 15:50.19
422. Lunch plażowy
Na malezyjskiej plaży najlepiej smakują: świeże mleko prosto z kokosa i zielone chrupki z mąki groszkowej.
son, 26.03.2009, 15:50.19
421. Desaru
Do Desaru wybieraliśmy się przez kilka tygodni. Nie dlatego, że to tak daleko, ale ze względu na zawiłości transportowe.
Desaru leży na wschodnim wybrzeżu Malezji, a dostać się tu z Singapuru najprościej kolejno: metrem, taksówką, promem i hotelowym busem.
Na miejscu znajduje się (rzekomo) 30 kilometrów piaszczystej plaży (w odcinkach) oraz kilka ośrodków wypoczynkowych z lat osiemdziesiątych.
Ośrodki dawno już przeszły swoją świetność i mizdrzą się do swoich gości, niczym matrony z jednym okiem kunsztownie podmalowanym, a drugim prozaicznie podbitym.
son, 26.03.2009, 15:50.19
420. Dobre pytanie
Pytacie jak u mnie w pracy.
No więc na zmianę martwię się o to, że mnie wyrzucą, i o to, że mnie jednak NIE wyrzucą.
son, 26.03.2009, 15:50.19
419. Puk, puk, kto tam?
Po ostatnich spotkaniach oko w oko podchodzę do naszych karaczanów z większą uprzejmością. Przed otworzeniem klapy zsypu pukam ostrzegawczo trzy razy. W końcu zsyp to ich dom.
son, 26.03.2009, 15:50.19
418. Kochani Fani!
Właśnie zainaugurowaliśmy kolekcję kartek okolicznościowych (na drzwiach naszej lodówki).
Nasz adres:
Son & Krz
B/5 Ghim Moh Road #15-234
270005 Singapore
son, 22.03.2009, 12:20.27
417. Uff, jak gorąco
Już po pół roku pobytu w Singapurze trzydziestostopniowe upały przestały nam się kojarzyć z wakacjami.
son, 22.03.2009, 12:20.27
416. Gekon w czapce (niewidce)
Zaczęliśmy już podejrzewać, że nasz gekon-mrówkojad jest fantomem (a w dodatku, fantomem załatwiającym się gdzie popadnie). Aż w końcu przechytrzyliśmy go, budząc się w sobotę o barbarzyńskiej siódmej rano. Tego gekon się po nas nie spodziewał i dał się przyłapać w trakcie przebieżki po szafkach kuchennych. Co ciekawsze, po chwili przebiegł drugi raz w tę samą stronę. A to może oznaczać, że albo bardzo szybko biega, albo że jest ich dwóch.
son, 22.03.2009, 12:20.27
415. Z cyklu: Wielki Boss pyta
- Sonia, czy wykąpałabyś się w tej wannie?
(Nad rzeczoną wanną znajdowało się wielkie otwarte okno.)
son, 22.03.2009, 12:20.27
414. Lunchowe pomysły
Codzienna obowiązkowa godzinna przerwa na lunch sumuje się do ponad 20 godzin w ciągu miesiąca. Ten czas trzeba wykorzystać z pożytkiem!
Oto lista propozycji:
- Lektura książek, które zawsze chciało się przeczytać (np. "W poszukiwaniu utraconego czasu" albo Dużych Formatów z 2007 roku).
- Drzemka na ławce w parku (trzeba uważać, żeby nie porwali ani nie okradli).
- Odbywanie energicznych spacerów (niekoniecznie wzdłuż drogi szybkiego ruchu).
- Uprawianie ulubionego sportu (tu pojawia się problem stroju i prysznica).
- Robienie zakupów. (Uwaga: zakupy spożywcze są niepraktyczne, bo potem nie wiadomo, co począć z siatami. Najlepiej kupować buty i biżuterię.)
- Pisanie zaległych maili i szukanie ofert tanich linii lotniczych (ale to przecież można robić w godzinach pracy).
- Medytacja na ławce w parku (konieczny park i niezasiedziana ławka).
- Spotykanie się ze znajomymi (konieczne posiadanie znajomych).
- Nauka chińskiego (konieczne duże zacięcie lingwistyczne).
- Zacieśnianie więzi z kolegami i koleżankami z pracy (tak, to na pewno bardzo pożyteczne, ale...)
czy wreszcie:
- Zjedzenie lunchu (banalne).
A może macie jeszcze jakieś ciekawe pomysły?
son, 22.03.2009, 12:20.27
413. Z cyklu: moje nowe motto (pracowe)
Można tyrać troszeczkę (za Kopalińskim).
son, 22.03.2009, 12:20.27
412. Lunchowe szaleństwo
Zasłyszane (na grupie dyskusyjnej):
- Fitness w czasie lunchu?! To szaleństwo. Przerwa na lunch jest po to, żeby odpocząć!
- No właśnie. Przecież byłabym zmęczona przez całą resztę dnia!
- Gdyby ktoś mi kazał ćwiczyć w południe, to wolałabym w ogóle nie wstawać od komputera.
- Tak się pocić w ciągu dnia? Fuj!
son, 22.03.2009, 12:20.27
411. Subtelna różnica
Iyengarowscy nauczyciele jogi nie różnią się zbytnio niezależnie od szerokości i długości geograficznej*. A jednak nauczyciel Indonezyjczyk zanim wbije ci kolano w biodro i wykręci kręgosłup niczym wyżymaną szmatę, szepcze najpierw nieśmiało:
- Sori.
* Hmmm... Można by pomyśleć, że joga Iyengara to taki jogiczny odpowiednik McDonalda...
son, 22.03.2009, 12:20.27
410. Wredny ptaszek
Codziennie o rano za naszym oknem rozlega się donośne
- Tiur-le-hi-hu!
Nie, to nie jodłowania sąsiada Tyrolczyka. To parszywy ptaszek cieszy się, że słońce znowu wstało.
Rozbudzona wciskam do uszu kawałki żółtej pianki, a potem - półprzytomna - śnię o wrednym syberyjskim dzięciole, znanym z przebijania dziobem samochodowych baków.
son, 22.03.2009, 12:20.26
409. Biurowe podchody w azjatyckiej korporacji
Jak już pisałam, jednym z moich obowiązków jest prowadzenie notatek z cotygodniowych spotkań z klientem i branżystami. W biurze idealnym notatki powinny być rozesłane uczestnikom spotkania jeszcze tego samego - a najpóźniej następnego - dnia. U nas jednak zebrania odbywają się w piątek, a notatki przed rozesłaniem przechodzą bolesny proces ratyfikacji.
Na samym początku dwujęzyczny szyfr tłumaczony jest przeze mnie na język (mniej więcej) angielski, sprawdzany sześciokrotnie, przepisywany na czysto i wręczany mojemu bezpośredniemu przełożonemu (do sprawdzenia). W poniedziałek wieczorem, pomazane niebieskim flamastrem notatki, trafiają z powrotem na moje biurko.
Poprawiam je ekspresowo i - z reguły we wtorek przed południem - kładę wraz z uprzejmą (być może "pokorną" byłoby lepszym określeniem) prośbą o uwagi na biurku szefa. Przez następne dwie doby są one żmudnie przekładane na samo dno całego stosu spraw ważkiej wagi.
W czwartek rano zapytuję nieśmiało prowadzącego projekt, czy przypadkiem nie uzyskał jakiś zakulisowych wskazówek od szefa. Niestety nie. Znaczy, że muszę wybrać się do jaskini smoka i przypomnieć o moich notatkach osobiście.
- Później, później, mam ważne rzeczy na głowie! - słyszę zanim jeszcze zdążyłam otworzyć usta.
Raportuję więc przełożonemu zaistniały stan rzeczy (o ile go oczywiście gdzieś znajdę, bo to bardzo ruchliwy człowiek).
- Trudno, wysyłamy bez poprawek - klamka zapadła.
Wysyłam więc dawno przygotowany email - nie do uczestników spotkania jednak, ale do szefa projektu, żeby przesłał dalej własnoręcznie (w razie czego będzie na niego).
W końcu wiadomość z załącznikiem-bombą zegarową trafia do branżystów, a na moje biurko - psiakość! - trafiają wreszcie pokreślone na czerwono notatki.
Szybko wprowadzam poprawki (bądź co bądź mam już wprawę), i - znowu przez pośrednika - wysyłam maila do zainteresowanych (i tak już chyba nie zdążą przeczytać przed jutrzejszym spotkaniem).
A potem w piątkowy wieczór słucham wpatrując się w podłogę:
- Sonia, gdybyś była bardziej ambitna, wysyłałabyś notatki jeszcze w piątek wieczorem! Trzeba stawiać sobie cele! Musisz się bardziej starać.
I dziwię się tylko, że mój wzrok nie wypala dziury w dywanie.
son, 18.03.2009, 13:10.56
408. Boso, ale w ostrogach
Zaiste straszne dziwadła z moich kolegów po fachu. Rozumiem, że nocują w biurze, wszystkie posiłki spożywają w świeżo otwartym McDonaldzie (a nawet i to nie, hamburgery wcinają przecież przed komputerami) i czują się tu jak u siebie w domu. Są jednak pewne granice. Żeby tak chodzić po biurze w ciepłej marynarce, spodniach od garnituru i dziurawych skarpetkach (bez butów)!
son, 18.03.2009, 13:10.56








