mrowisko.net/xinjiabo
szukaj w notatkach
mapa
drukuj
singapur -> marzec 2009
Nowe zdjęcia z Kluang i hinduskiego święta Thaipusam w Singapurze.

Jeśli wpiszesz tutaj swój mail, będziemy informować cię o nowych notatkach.


dość robactwa!

<< nowsze notatki | starsze notatki >>

427. Z cyklu: moje nowe motto (pracowe)

Każdy ma prawo dać sobie wejść na głowę na tyle, na ile mu się żywnie podoba.

komentarze(0)

son, 26.03.2009, 15:50.20

426. Ang moh

Po dwóch dniach intensywnego plażowania z kaukaskich wolnomyślicieli przedzierzgnęliśmy się w prawdziwych Ang Moh*, czyli dwa czerwone diabły - z czerwonymi twarzami, czerwonymi szyjami, czerwonymi stopami i czerwonymi nosami.

* "Ang moh" (singlish) - człowiek rasy kaukaskiej, dosłownie "czerwonowłosy".

komentarze(0)

son, 26.03.2009, 15:50.20

425. Groźna rybka

Krz (po szyję w morzu):
- Son, ta ryba mnie ugryzła!
Son (uspokajająco):
- Ona pewnie tylko obgryzała martwy naskórek.
Krz (zdenerwowany):
- Co ty! Jeszcze chwila i by mnie połknęła!

(Ryba była żółtawa w czarne kropki, wielkości pięciozłotówki).

komentarze(0)

son, 26.03.2009, 15:50.20

424. Kraby muszelkowe

Kraby muszelkowe są niewątpliwą atrakcją wyludnionych plaży. Bo kto to widział, żeby muszelka żwawo uciekała na sześciu (a może ośmiu) nóżkach?

Uważać jednak trzeba na kraby o wyrobionym guście estetycznym. Inaczej razem ze śliczną muszelką do plecaka można zapakować takiego wojowniczego pasażera na gapę.

komentarze(0)

son, 26.03.2009, 15:50.19

423. Cenzura obyczajowa

Zatroskany Krz (zupełnie serio):
- Son, nie przebieraj się tak na plaży, bo ktoś może zadzwonić po policję religijną.

komentarze(0)

son, 26.03.2009, 15:50.19

422. Lunch plażowy

Na malezyjskiej plaży najlepiej smakują: świeże mleko prosto z kokosa i zielone chrupki z mąki groszkowej.

komentarze(0)

son, 26.03.2009, 15:50.19

421. Desaru

Do Desaru wybieraliśmy się przez kilka tygodni. Nie dlatego, że to tak daleko, ale ze względu na zawiłości transportowe.

Desaru leży na wschodnim wybrzeżu Malezji, a dostać się tu z Singapuru najprościej kolejno: metrem, taksówką, promem i hotelowym busem.

Na miejscu znajduje się (rzekomo) 30 kilometrów piaszczystej plaży (w odcinkach) oraz kilka ośrodków wypoczynkowych z lat osiemdziesiątych.

Ośrodki dawno już przeszły swoją świetność i mizdrzą się do swoich gości, niczym matrony z jednym okiem kunsztownie podmalowanym, a drugim prozaicznie podbitym.

komentarze(0)

son, 26.03.2009, 15:50.19

420. Dobre pytanie

Pytacie jak u mnie w pracy.

No więc na zmianę martwię się o to, że mnie wyrzucą, i o to, że mnie jednak NIE wyrzucą.

komentarze(0)

son, 26.03.2009, 15:50.19

419. Puk, puk, kto tam?

Po ostatnich spotkaniach oko w oko podchodzę do naszych karaczanów z większą uprzejmością. Przed otworzeniem klapy zsypu pukam ostrzegawczo trzy razy. W końcu zsyp to ich dom.

komentarze(0)

son, 26.03.2009, 15:50.19

418. Kochani Fani!

Właśnie zainaugurowaliśmy kolekcję kartek okolicznościowych (na drzwiach naszej lodówki).

Nasz adres:
Son & Krz
B/5 Ghim Moh Road #15-234
270005 Singapore

komentarze(0)

son, 22.03.2009, 12:20.27

417. Uff, jak gorąco

Już po pół roku pobytu w Singapurze trzydziestostopniowe upały przestały nam się kojarzyć z wakacjami.

komentarze(0)

son, 22.03.2009, 12:20.27

416. Gekon w czapce (niewidce)

Zaczęliśmy już podejrzewać, że nasz gekon-mrówkojad jest fantomem (a w dodatku, fantomem załatwiającym się gdzie popadnie). Aż w końcu przechytrzyliśmy go, budząc się w sobotę o barbarzyńskiej siódmej rano. Tego gekon się po nas nie spodziewał i dał się przyłapać w trakcie przebieżki po szafkach kuchennych. Co ciekawsze, po chwili przebiegł drugi raz w tę samą stronę. A to może oznaczać, że albo bardzo szybko biega, albo że jest ich dwóch.

komentarze(0)

son, 22.03.2009, 12:20.27

415. Z cyklu: Wielki Boss pyta

- Sonia, czy wykąpałabyś się w tej wannie?

(Nad rzeczoną wanną znajdowało się wielkie otwarte okno.)

komentarze(0)

son, 22.03.2009, 12:20.27

414. Lunchowe pomysły

Codzienna obowiązkowa godzinna przerwa na lunch sumuje się do ponad 20 godzin w ciągu miesiąca. Ten czas trzeba wykorzystać z pożytkiem!

Oto lista propozycji:

- Lektura książek, które zawsze chciało się przeczytać (np. "W poszukiwaniu utraconego czasu" albo Dużych Formatów z 2007 roku).

- Drzemka na ławce w parku (trzeba uważać, żeby nie porwali ani nie okradli).

- Odbywanie energicznych spacerów (niekoniecznie wzdłuż drogi szybkiego ruchu).

- Uprawianie ulubionego sportu (tu pojawia się problem stroju i prysznica).

- Robienie zakupów. (Uwaga: zakupy spożywcze są niepraktyczne, bo potem nie wiadomo, co począć z siatami. Najlepiej kupować buty i biżuterię.)

- Pisanie zaległych maili i szukanie ofert tanich linii lotniczych (ale to przecież można robić w godzinach pracy).

- Medytacja na ławce w parku (konieczny park i niezasiedziana ławka).

- Spotykanie się ze znajomymi (konieczne posiadanie znajomych).

- Nauka chińskiego (konieczne duże zacięcie lingwistyczne).

- Zacieśnianie więzi z kolegami i koleżankami z pracy (tak, to na pewno bardzo pożyteczne, ale...)

czy wreszcie:

- Zjedzenie lunchu (banalne).

A może macie jeszcze jakieś ciekawe pomysły?

komentarze(0)

son, 22.03.2009, 12:20.27

413. Z cyklu: moje nowe motto (pracowe)

Można tyrać troszeczkę (za Kopalińskim).

komentarze(0)

son, 22.03.2009, 12:20.27

412. Lunchowe szaleństwo

Zasłyszane (na grupie dyskusyjnej):

- Fitness w czasie lunchu?! To szaleństwo. Przerwa na lunch jest po to, żeby odpocząć!

- No właśnie. Przecież byłabym zmęczona przez całą resztę dnia!

- Gdyby ktoś mi kazał ćwiczyć w południe, to wolałabym w ogóle nie wstawać od komputera.

- Tak się pocić w ciągu dnia? Fuj!

komentarze(0)

son, 22.03.2009, 12:20.27

411. Subtelna różnica

Iyengarowscy nauczyciele jogi nie różnią się zbytnio niezależnie od szerokości i długości geograficznej*. A jednak nauczyciel Indonezyjczyk zanim wbije ci kolano w biodro i wykręci kręgosłup niczym wyżymaną szmatę, szepcze najpierw nieśmiało:

- Sori.

* Hmmm... Można by pomyśleć, że joga Iyengara to taki jogiczny odpowiednik McDonalda...

komentarze(0)

son, 22.03.2009, 12:20.27

410. Wredny ptaszek

Codziennie o rano za naszym oknem rozlega się donośne
- Tiur-le-hi-hu!
Nie, to nie jodłowania sąsiada Tyrolczyka. To parszywy ptaszek cieszy się, że słońce znowu wstało.

Rozbudzona wciskam do uszu kawałki żółtej pianki, a potem - półprzytomna - śnię o wrednym syberyjskim dzięciole, znanym z przebijania dziobem samochodowych baków.

komentarze(0)

son, 22.03.2009, 12:20.26

409. Biurowe podchody w azjatyckiej korporacji

Jak już pisałam, jednym z moich obowiązków jest prowadzenie notatek z cotygodniowych spotkań z klientem i branżystami. W biurze idealnym notatki powinny być rozesłane uczestnikom spotkania jeszcze tego samego - a najpóźniej następnego - dnia. U nas jednak zebrania odbywają się w piątek, a notatki przed rozesłaniem przechodzą bolesny proces ratyfikacji.

Na samym początku dwujęzyczny szyfr tłumaczony jest przeze mnie na język (mniej więcej) angielski, sprawdzany sześciokrotnie, przepisywany na czysto i wręczany mojemu bezpośredniemu przełożonemu (do sprawdzenia). W poniedziałek wieczorem, pomazane niebieskim flamastrem notatki, trafiają z powrotem na moje biurko.

Poprawiam je ekspresowo i - z reguły we wtorek przed południem - kładę wraz z uprzejmą (być może "pokorną" byłoby lepszym określeniem) prośbą o uwagi na biurku szefa. Przez następne dwie doby są one żmudnie przekładane na samo dno całego stosu spraw ważkiej wagi.

W czwartek rano zapytuję nieśmiało prowadzącego projekt, czy przypadkiem nie uzyskał jakiś zakulisowych wskazówek od szefa. Niestety nie. Znaczy, że muszę wybrać się do jaskini smoka i przypomnieć o moich notatkach osobiście.

- Później, później, mam ważne rzeczy na głowie! - słyszę zanim jeszcze zdążyłam otworzyć usta.

Raportuję więc przełożonemu zaistniały stan rzeczy (o ile go oczywiście gdzieś znajdę, bo to bardzo ruchliwy człowiek).

- Trudno, wysyłamy bez poprawek - klamka zapadła.

Wysyłam więc dawno przygotowany email - nie do uczestników spotkania jednak, ale do szefa projektu, żeby przesłał dalej własnoręcznie (w razie czego będzie na niego).

W końcu wiadomość z załącznikiem-bombą zegarową trafia do branżystów, a na moje biurko - psiakość! - trafiają wreszcie pokreślone na czerwono notatki.

Szybko wprowadzam poprawki (bądź co bądź mam już wprawę), i - znowu przez pośrednika - wysyłam maila do zainteresowanych (i tak już chyba nie zdążą przeczytać przed jutrzejszym spotkaniem).

A potem w piątkowy wieczór słucham wpatrując się w podłogę:

- Sonia, gdybyś była bardziej ambitna, wysyłałabyś notatki jeszcze w piątek wieczorem! Trzeba stawiać sobie cele! Musisz się bardziej starać.

I dziwię się tylko, że mój wzrok nie wypala dziury w dywanie.

komentarze(0)

son, 18.03.2009, 13:10.56

408. Boso, ale w ostrogach

Zaiste straszne dziwadła z moich kolegów po fachu. Rozumiem, że nocują w biurze, wszystkie posiłki spożywają w świeżo otwartym McDonaldzie (a nawet i to nie, hamburgery wcinają przecież przed komputerami) i czują się tu jak u siebie w domu. Są jednak pewne granice. Żeby tak chodzić po biurze w ciepłej marynarce, spodniach od garnituru i dziurawych skarpetkach (bez butów)!

komentarze(0)

son, 18.03.2009, 13:10.56

<< nowsze notatki | starsze notatki >>