mrowisko.net/xinjiabo
szukaj w notatkach
mapa
drukuj
singapur -> maj 2009
Nowe zdjęcia z Kluang i hinduskiego święta Thaipusam w Singapurze.

Jeśli wpiszesz tutaj swój mail, będziemy informować cię o nowych notatkach.


dość robactwa!

<< nowsze notatki | starsze notatki >>

537. Moja azjatycka korporacja (odcinek drugi)

Hmmm... Od czego by tu zacząć? Temat jest długi, szeroki i głęboki... Cóż, zacznę tu gdzie mnie boli najbardziej (a potem to już jakoś pójdzie).

Otóż obowiązujący (przynajmniej w moim zespole) autorytarny sposób zarządzania pracownikami nie zdaje egzaminu (oczywiście z mojego skrzywionego punktu widzenia). Rotacja sterroryzowanych projektantów jest bardzo wysoka - któż chciałby całe życie sypiać po parę godzin na dobę i żeby jeszcze na niego pokrzykiwano? Ci, którzy aktualnie jeszcze pracują zmuszeni są do wykonywania ogromnej ilości papierkowej roboty, po części ze względu na wymogi posiadanego przez biuro certyfikatu ISO, głównie jednak dlatego, że bez tych wszystkich dokumentów trudno byłoby przejąć projekt od kolejnego zrezygnowanego* pracownika. Teoretycznie dużą część żmudnej roboty mógłby wykonywać dział administracyjny - tylko jak go do tego skłonić, skoro nie podlega on szefom zespołów projektowych, a na dodatek zasłania się głupotą i samymi lewymi rękami?

Ponieważ ilości pracy żaden z szefów do końca nie ogarnia, rozdzielana jest ona metodą bombardowania pracowników, który czują się niczym żołnierze w nieustannej defensywie (choć ze względu na wspomniany brak planu, może słuszniej byłoby porównać ich do partyzantów). Każdy projektant zasypywany jest kolejnymi zadaniami do momentu, kiedy przestaje być kompetentny w sposób porażający (z braku czasu, umiejętności, czy wsparcia). Nawet na zupełnie przywalonego obowiązkami pracownika może zwalić się znienacka jakiś nowy projekt (zza przerwanej barykady), który trzeba skończyć na jutro, a nawet na przedwczoraj.

Co z tego boli najbardziej? Ogólny (oraz szczególny) stres odczuwany w obecności Wielkiego Bossa i ciągła niepewność: o której wyjdę dzisiaj z pracy? A jutro? A co z weekendem?

* Pracownik zrezygnowany, to taki, który zrezygnował (z pracy) samodzielnie, albo taki, którego zrezygnowano odgórnie.

komentarze(0)

son, 30.05.2009, 13:21.35

536. Moja azjatycka korporacja (odcinek pierwszy)

Pełne sześć miesięcy przepracowane w mojej azjatyckiej korporacji to dobry pretekst, żeby opowiedzieć wam nieco o tej fascynującej instytucji. Oczywiście będzie to opowieść bezczelna, niesprawiedliwa i nakreślona z punktu widzenia wstrętnego Kaukaza. Ale czegóż innego spodziewalibyście się po mnie?

Na początek parę słów wstępu dla mniej zorientowanych czytelników.

Pracuję w rdzennie singapurskim biurze architektonicznym. Biuro posiada filie również w Malezji, Chinach oraz Wietnamie. W lokalnym oddziele pracuje (w porywach) około siedemdziesiąt osób, które podzielić można na różne podzbiory w zależności od stanowiska pracy, wykonywanych funkcji albo narodowości, a raczej rasy (Chińczyk urodzony w Malezji pozostaje Chińczykiem).

W dziale administracyjno-księgowym pracują Chinki-Singapurki. Zespół techniczno-kreślarski (zjawisko praktycznie już w Polsce niespotykane) również zdominowany jest przez Chińczyków (choć niekoniecznie z Singapuru). Oddział prowadzących projekty (dotyczy projektów, które weszły już w fazę budowy) podzielić można na dwie podgrupy: biegających po budowach Chińczyków-Singapurczyków oraz przeróżne zagubione dusze dłubiące detale wykonawcze na miejscu w biurze. Kolejny dział stanowią projektanci 3D (głównie Tajowie, paru Chińczyków) przygotowywujący wizualizacje projektów w szeroko pojętym zakresie (często z projektem elewacji włącznie). Ostatnia grupa (jak się zapewne domyślacie) to architekci-projektanci, zwani tutaj dizajnerami. Ci ostatni podzieleni są na trzy zespoły (zwane z kolei "studiami") - każdy ze swoim architektem prowadzącym, który firmuje wszystkie projekty zespołu. Dizajnerzy są najbardziej wymieszaną rasowo grupą, a w zależności od narodowości (a co za tym idzie: odebranego wykształcenia) wykonują różne zadania. Nad wszystkim zaś unosi się duch (a czasem także ciało) dyrektora-założyciela, czyli Największego z Bossów.

Wstęp wyszedł trochę przydługi, ale w końcu nic nie stoi na przeszkodzie, by temat kontynuować w kolejnej notatce.

komentarze(0)

son, 30.05.2009, 13:21.35

535. Refleksje przy kasie

Krz (z namaszczeniem przyglądając się zawartości zamrażarki w naszym osiedlowym sklepie):
- Tu są lody z czerwonej fasoli. Son, my jesteśmy dzielni, że my w takim kraju żyjemy.

komentarze(0)

son, 30.05.2009, 13:21.35

534. Z cyklu: koledzy pytają

(oglądając nasze zdjęcia ślubne)
- Sonia, co stało się twojemu tacie?
- ?
- No, dlaczego jest taki owłosiony?!
- Hmmm... Już tak ma.
- Jak Jezus... - westchnęła koleżanka odruchowo dotykając srebrnego krzyżyka.

komentarze(0)

son, 30.05.2009, 13:21.35

533. Cykl produkcyjny

Zastanawiacie się pewnie czasem, jak powstają notatki w mrowisku.
Pewnie Son po całym dniu zmagań z Wielkim Bossem siada wieczorem do komputera i spisuje na bieżąco wydarzenia dnia. A może cierpliwie czeka aż spłynie na nią natchnienie i pisze bez ustanku w nocy z soboty na niedzielę?
Otóż mrowisko ma swój własny cykl produkcyjny. Pomysły na notatki zapisywane są na bieżąco w specjalnym zeszycie, z którym Son praktycznie się nie rozstaje. Pierwsza, nieociosana, wersja notatek powstaje w środkach komunikacji, którymi Son porusza się po mieście na codzień i od święta (zagadkowe znaczki podsycają ciekawość zaglądających jej przez ramię współpasażerów). Następnie, w wolnej chwili (wolna chwilo, ahoj?) poddawane są procesowi digitalizacji oraz obróbki wtórnej. Nie koniec jednak na tym. Odpowiednio długie leżakowanie konieczne jest do odsiania kaczek dziennikarskich i innych niedociągnięć. Potem notatki paczkowane są chronologicznie, według gatunku oraz wagi (nie chcielibyście przecież przeczytać ośmiu notatek o Wielkim Bossie z rzędu).
A potem pozostaje jeszcze poprawienie kompromitujących mniejszych i większych błędów językowych i różnych innych niejasności wywodu wytkniętych przez wnikliwych czytelników.

komentarze(2)

son, 18.05.2009, 10:52.29

532. Z cyklu: koledzy komentują

- Sonia, your husband very handsome one. Look like a model one, agh!*

* Sonia, twój mąż jest bardzo przystojny. Wygląda zupełnie jak model!

komentarze(0)

son, 18.05.2009, 10:52.28

531. Z cyklu: Wielki Boss komentuje

- Sonia, twój mąż wcale nie jest taki wysoki. A przecież Polacy, jako mieszkańcy północnej Europy powinni przypominać Skandynawów.

komentarze(0)

son, 18.05.2009, 10:52.28

530. Bird Nest Delicacy

Francuzi jadają żaby, Indianie - mrówki, a Chińczycy delektują się... jaskółczymi gniazdami.
- To na pewno jakaś przenośnia - pomyślicie - nie mogą przecież chrupać gniazd w całości. Glina zgrzytałaby im w zębach!
Rzeczywiście, gniazda preparuje się przed spożyciem: z rozmoczonego gniazda pensetą, kawałek po kawałku, wyłuskiwane są fragmenty ptasiej śliny służące jako gniazdowe lepiszcze.
- Yyy, i jak to smakuje? - zapytacie.
Nijak nie smakuje, jak to ślina. Ale podobno jest bardzo zdrowe. Smacznego!

komentarze(0)

son, 18.05.2009, 10:52.28

529. Piknik wędrowny (z przygodami)

Do niedzielnego pikniku w ogrodzie botanicznym szykowaliśmy się niczym do wyjazdu na działkę.
Jeszcze hamak, arbuz i nie zapomnijmy o winogronach! Trzy książki, gazeta, laptop. Wzięłaś aparat? A podręcznik do chińskiego?
Jakoś umknął nam fakt, że nasz plecak to nie bagażnik samochodu, a Krz nie dysponuje końmi mechanicznymi (ani klimatyzacją).
Ogród - jak to w niedzielę - wypełniony był filipińskimi maid, japońskimi turystami i kaukaskimi rodzinami zabawiającymi się grami towarzyskimi (bejsbol, krykiet, hula-hop) w czterdziestostopniowym upale.
Pierwszy obóz rozłożyliśmy od wielkim drzewem. Wkrótce przemaszerował obok nas monitor zajęty swoimi ważnymi sprawami. Dwa cytrynowo żółte ptaki świergoliły do siebie w koronie naszego drzewa. Gdy monitor odszedł się w siną dal, a jeden z ptaków narobił Son na głowę, zdecydowaliśmy się na zmianę lokalizacji.
Drugi obóz założyliśmy na stoku i przystąpiliśmy do babrania się w arbuzim miąższu oraz podrzucania zielonych winogron szpakom-żółtodziobom (przed czerwonymi winogronami czuły wyraźny respekt). W palmowym gaju papugi (według Krz) albo gołębie (według Son) zbierały materiały do budowy gniazd.
Do trzeciego przystanku nie doszło, bo słońce zaszło za wielką chmurę... a poza tym tak dobrze się nam leżało...

komentarze(0)

son, 18.05.2009, 10:52.28

528. Dialogi parkowe

- Krz, zapomnieliśmy zabrać karmę dla żółwi! - w głosie Son pobrzmiewała nutka histerii.
- Zawsze możemy im poczytać - zaproponował pojednawczo Krz.

komentarze(0)

son, 18.05.2009, 10:52.28

527. Spryt dla zaawansowanych

Za naszymi plecami coś sapało. Wykręciliśmy szyje jak pływacy synchroniczni na zakręcie. Za nami przebiegał ociekający potem Kaukaz. W każdej z dłoni dzierżył po butelce wody mineralnej, którymi wymachiwał groźnie, niczym hantlami.
- To sprytne - ziewnęła Son - znacznie praktyczniej niż biegać z butelką wody przy pasku.
- A jeszcze sprytniej jest leżeć na trawie i wcinać winogrona - Krz skwapliwie powrócił do wykonywania przerwanych przez sapiącego intruza czynności.

komentarze(0)

son, 18.05.2009, 10:52.28

526. Z cyklu: Wielki Boss pyta

- Sonia, jak ci się wydaje: który samochód jest bardziej bezpieczny? Współczesny, czy wyprodukowany w 1950 roku?

komentarze(0)

son, 18.05.2009, 10:52.28

525. Pory roku inaczej

W Singapurze pory roku odmierzać można odbywającymi się w regularnych trzymiesięcznych odstępach fumigacjami zsypu.

komentarze(0)

son, 15.05.2009, 10:57.06

524. Moje nowe motto (pracowe)

Wszystko jest kwestią priorytetów. Oraz tego jak głośno krzyczy, ten kto nad tobą stoi.

komentarze(0)

son, 15.05.2009, 10:57.06

523. Kto rano wstaje...

ten dowiaduje się wielu ciekawych rzeczy.
Że przed wschodem słońca uliczne bary pełne są pałaszujących kluski Azjatów (zupełnie tak samo, jak o każdej innej porze dnia). Że środki komunikacji wypełnione są półprzytomnymni dziećmi w mundurkach (w Singapurze lekcje zaczynają się o godzinie 7:20). Że filipińskie maid na osiedlowych parkingach pucują o świcie samochody swoich pracodawców.

komentarze(0)

son, 15.05.2009, 10:57.06

522. Egzotyczny świat

Jakże piękne musiały być dawne czasy, w których ludzie pracowali w godzinach 8:00-16:00, a na dodatek nierzadko blisko miejsca zamieszkania. Ileż czasu pozostawało im na prozaiczne (albo i bardziej wyrafinowane) codzienne czynności: gotowanie, sprzątanie, czytanie, naukę języków, wychowywanie dzieci, rozmyślania nad sensem życia, pisanie listów czy dowodzenia NP-zupełności problemu sprawiedliwej alokacji danych w rozproszonych serwisach społecznościowych.
Ciekawe jak wyglądał ten świat, w którym wszystkie czynności miały swój czas i swoje miejsce. Gdy przed wyjściem do pracy nie próbowano odkurzać podług i prasować koszul (mamy przecież jeszcze całe trzy i pół minuty), gdy listy pisano przy stosownym stoliku (a nie na kolenie na przystanku autobusowym), gdy kolację podawano o 19:00 (a nie zaczynano przyrządzać ją o 22:00).
To musiał być bardzo egzotyczny świat.

komentarze(0)

son, 15.05.2009, 10:57.06

521. Z cyklu: Son komentuje

- Wszyscy Australijczycy wyglądają jak turyści.

komentarze(0)

son, 15.05.2009, 10:57.06

520. Z polo na pole (golfowe)

Z zupełnie niepojętej przyczyny koszulki polo (czyli te z kołnierzykiem) uważane są w Singapurze za zdecydowanie bardziej wytworne od zwykłych T-shirtów. Uprasowane czy nie, świetnie nadają się tu na wszelkie niemal okazje.

komentarze(0)

son, 15.05.2009, 10:57.06

519. Z cyklu: Wielki Boss pyta

- Zapytajmy Europejki. Sonia, powiedz nam proszę, co oznacza skrót RSVP?

komentarze(0)

son, 15.05.2009, 10:57.06

518. Osiągnięcia podróżnicze Son

Kupić bilety autokarowe na ósmą wieczorem i wsiąść z nimi do autobusu o ósmej rano.
Spisać godziny odejścia promu do niewłaściwej przystani i dotrzeć do portowego terminala o zupełnie niewłaściwej porze.
Zarezerwować hotel z dwumiesięcznym wyprzedzeniem nie zapisawszy nazwy hotelu, ale swoje za to swoje własne nazwisko i własny numer telefonu.

komentarze(0)

son, 15.05.2009, 10:57.06

<< nowsze notatki | starsze notatki >>