mrowisko.net/xinjiabo
szukaj w notatkach
mapa
drukuj
singapur -> czerwiec 2009
Nowe zdjęcia z Kluang i hinduskiego święta Thaipusam w Singapurze.

Jeśli wpiszesz tutaj swój mail, będziemy informować cię o nowych notatkach.


dość robactwa!

<< nowsze notatki | starsze notatki >>

586. Moja azjatycka korporacja – siedziba

Gdy po raz pierwszy przestąpiłam progi mojej azjatyckiej korporacji (a właśnie tutaj odbyłam pierwszą w Singapurze rozmowę o pracę), moje wrażenie było oczywiste:
- To nie jest pracownia architektoniczna. To biuro, jak każde inne.
Siedziba firmy mieści się na szóstym piętrze podstarzałego biurowca z lat 70., na obrzeżach biznesowego centrum miasta. Podzieloną niegdyś na pokoje przestrzeń biurową pozbawiono wszelkich przepierzeń. Zrozumiałym wyjątkiem są tu pokoje szefostwa oraz księgowej.
Stanowiska pracy szeregowych pracowników nie mają dostępu do światła dziennego. Nad naszymi głowami syczą trupie świetlówki, będące chyba jeszcze oryginalnym wyposażeniem budynku. Także klimatyzatory z nostalgią wspominają czasy swej młodości. Ciężko wzdychają dźgane parasolami przez pracowników usiłujących tą niedelikatną metodą dostosować kierunek nawiewu do swoich potrzeb. Czasami uronią łzę (albo i całą rzekę) unicestwiając tym samym stosy przestarzałej dokumentacji projektowej. Półki i biurka (także już niemłode) uginają się bowiem pod ciężarem rulonów i stert papierzysk w różnych formatach i stanach czytelności.
Obrazu nędzy i rozpaczy (bo chyba już jesteście sobie w stanie wyobrazić, jak moje miejsce pracy wygląda) dopełniają walające się wszędzie próbki materiałowe (płytki glazury, gresu, terakoty, kawałki marmurów, fragmenty obróbek blacharskich i innych podejrzanych elementów wyposażenia budynku), kartonowe pudła służące jako kosze na śmieci, niezastąpione parasole, które liczebnie znacznie przewyższają ilość pracowników.
W biurze unosi się zapach nieustannie spożywanych pokarmów (Krz utrzymuje, że czuć też wyraźną nutę środków owadobójczych), a także nieprzerwany ciąg pociągania nosem i innych odgłosów fizjonomiczno-fizjologicznych, bez których chiński posiłek nie może się obejść (pamiętajcie, że pracuje to ponad sześćdziesiątka Azjatów, którzy spożywają w pracy wszystkie posiłki dnia).
Zwierzyniec zamieszkujący biuro (z wyłączeniem pracowników) nie należy do nazbyt wybujałych. Ot, od czasu do czasu przemknie po ścianie gekon, raz na dwa tygodnie pracownicy urządzą polowanie na zabłąkanego karalucha.
Pozytywy? Trafiło mi się narożne biurko (sporo miejsca, wygodna pozycja pracy), mam płaski monitor (niestety na widoku całego biura), a także kosmiczną myszkę (prywatną).

komentarze(0)

son, 28.06.2009, 1:48.09

585. Wszyscy jesteśmy buddystami

Tak więc siedzieliśmy w McDonaldzie a na przeciwko nas sześcioro znajomych Tajów rozpakowywało kolejne McDonaldowe zestawy.
- A właściwie, to dlaczego nie jesz mięsa? - z ust B padło sakramentalne pytanie.
Westchnęłam. Co by tu wymyślić tym razem?
- To długa historia. Dawno temu moja mam została buddystką i przestała jeść mięso...
B spojrzała na współbiesiadników z wyraźnym zaskoczeniem.
- My wszyscy jesteśmy buddystami - roześmiała się w końcu, wydłubując ze swojego podwójnego hamburgera szczątkowe strzępki sałaty i innych wstrętnych warzyw.

komentarze(0)

son, 28.06.2009, 1:48.08

584. Lepszy wróbel...

Son (z przejęciem):
- Krz, tam jest wróbel wielkości karalucha!
Krz (trzeźwo):
- A co? Wolałabyś karalucha wielkości wróbla?

komentarze(0)

son, 28.06.2009, 1:48.08

583. Uroki literatury

Mimo wielokrotnych prób, próśb, nalegań i podstępów Krz nie zdołał przekonać J do czytania. Nie pomogło podrzucanie bestsellerów science-fiction. Nie przyniosło rezultatów zachwalanie klasycznych pozycji informatycznych. J pozostał obojętny na uroki literatury. Od czasu do czasu czytuje japońskie komiksy*.

* Wielu Azjatów zafascynowanych jest mangą do tego stopnia, że - aby móc czytać swoje ulubione komiksy w oryginale - specjalnie uczą się japońskiego.

komentarze(0)

son, 28.06.2009, 1:48.08

582. Z cyklu: koledzy pytają

- Sonia, you want cake or not? (Soniu, czy zechciałabyś skosztować tego pysznego tortu urodzinowego?)
- No, thanks. I am on a diet. (Nie, dzięki, jestem na diecie) - Tort spożywany z okazji urodzin Największego z Bossów był wielki, tłusty, kupny i na sam jego widok mój żołądek schował się pod klawiaturę.
- Don't diet. Vegetarian diet orredy! (Ależ nie żartuj! Przecież jesteś już na diecie. Wegetariańskiej.)

komentarze(0)

son, 28.06.2009, 1:48.08

581. Uczta z sushi

Kolację z sushi, która uczcić miała trzecią rocznicę naszego ślubu planowaliśmy od wielu miesięcy. Wcześniejsze zakupy w delikatesach jak zwykle pobudziły nasze apetyty (ach, te francuskie sery!). Zgłodniali rzuciliśmy się na wielkie kolorowe menu. Potraw wegetariańskich nie było zbyt wiele, zamówiliśmy więc wszystkiego po dwie porcje.
Pierwsze "danie" wjechało na stół, kiedy wznosiliśmy kolejny toast japońskim piwem i - co raz bardziej głodni - przeglądaliśmy kartę deserów. Po pierwszym daniu pojawiło się drugie, i trzecie, i czwarte... To co wzięliśmy za pojedyncze sztuki okazało się całymi zestawami po sześć sztuk każdy. Po chwili nasz stolik uginał się pod suszowatym szaleństwem.
Nie daliśmy rady. Zrezygnowaliśmy z kuszących deserów. A i tak połowę rocznicowego przyjęcia zabraliśmy do domu w plastikowych pudełkach.

komentarze(0)

son, 28.06.2009, 1:48.08

580. Kto pod kim dołki kopie...

Sporej uciechy dostarcza nam przeglądanie starego, odziedziczonego po przodkach, przewodnika po Azji Południowo-wschodniej. Podczas lektury trafiliśmy na pewne tropy wskazujące, że przewodnik nie tylko opisuje, lecz także kształtuje turystyczną rzeczywistość. Już wyjaśniam.
Lonely Planet z 1985 roku podsuwa podróżnikowi myśl, by będąc w Yogyakarcie kupił dobrej jakości batik, a najlepiej "wybrał się na przejażdżkę po batikowych sklepikach korzystając z usług rikszarza".
Ten sam przewodnik wydany 20 lat później ostrzega przed natrętnymi rikszarzami, oferującymi niskie ceny za przejażdżki po mieście - "najprawdopodobniej zostaniecie zmuszeni do odwiedzenia wszystkich butików z batikami w Yogyakarcie".

komentarze(0)

son, 28.06.2009, 1:48.08

579. Modne koszulki

Europejska nastolatka prędzej straciłaby cnotę, niż zgodziła się wystąpić w koszulce z typowo dziecięcym nadrukiem. Azjatki nie mają takich uprzedzeń i dumnie wypinają swoje niewielkie biusty przyodziane w T-shirty z Myszką Miki albo różowym konikiem My Little Pony.

komentarze(0)

son, 28.06.2009, 1:48.08

578. Strzyżenie z duszą na ramieniu

Rezultat strzyżenia na sucho był - jak się zapewne domyślacie - opłakany. Do tego stopnia, że już w dwa tygodnie później, z duszą na ramieniu, ponownie udałam się do fryzjerskiego "salonu".
Jeszcze w progu upewniłam się, czy cena nie jest za niska (z chińskim strzyżeniem, jak z chińskimi towarami - ile płacisz, tyle dostajesz) i z góry zażądałam mycia głowy.
I - jak zwykle - spotkały mnie niespodzianki: szampon wyciśnięto mi na zupełnie suche włosy i myto przez ponad pół godziny, przez co spóźniłam się do pracy.
Czyżbym wykupiła usługę mycia z masażem?

komentarze(0)

son, 28.06.2009, 1:48.08

577. Etykieta z etykietką

Ileż to razy zdarzyło wam się wypić rewelacyjne wino, którego nazwa niestety wywietrzała wam z głowy zanim zdążyliście kupić następną butelkę?
Pewne australijskie wino na pewno utknęłoby wam na dobre w pamięci (albo w portfelu) - jego etykietka zaopatrzona jest w specjalny, łatwy do oderwania kupon, który nosić można przy sobie na wypadek nagłego przypływu sklerozy.

komentarze(1)

son, 28.06.2009, 1:48.07

576. Aloes

Na aloes w postaci potężnego liścia półmetrowej długości natknęliśmy się w dziale warzywnym.
- Ale heca! Sprawdzimy w Internecie, co z tego można przyrządzić - ucieszyliśmy się.
Przeczesywanie sieci nie przyniosło jednak pożądanych rezultatów. Maseczki, kremy i inne aloesowe kosmetyki - tylko to zaprzątało głowy Internautów.
Wreszcie wyszperaliśmy przepis na aloesowe curry, zapał do gotowania przeszedł nam jednak prędko. Równolegle dowiedzieliśmy się bowiem, że skóra aloesa posiada właściwości silnie przeczyszczające.
I tak aloes trafił z powrotem do lodówki. Będzie czekał aż znowu przypali nas równikowe słońce - podobno aloesowy przezroczysty aloesowy miąższ przyłożony do oparzonej skóry odpowiednio szybko redukuje oparzenie o cały stopień.

komentarze(0)

son, 25.06.2009, 13:59.40

575. Dżinsowy Budda

- I wyobraź sobie, że do świątyni wejść można tylko w dżinsach - J, buddysta, z przejęciem opowiadał o obchodach święta Wesak, które w tym roku wypadło wyjątkowo niekorzystnie, bo w sobotę.
- Jak to: w dżinsach? - nie posiadał się ze zdziwienia Krz.
- No, musisz mieć na sobie dżinsy, inaczej cię nie wpuszczą! - wyjaśnił dobitnie J.
Zaintrygowany Krz drążył dalej temat na własną rękę. Już po chwili holmesowska zagadka została wyjaśniona: w dni świąteczne do buddyjskiej świątyni nie wolno wchodzić w krótkich spodniach.

komentarze(0)

son, 25.06.2009, 13:59.40

574. Z cyklu: podsłuchane w biurze

czyli babskie rozmowy o gotowaniu
- Mniam, mniam, ale pyszne to [tu pada nazwa bliżej niezidentyfikowanej potrawy]. Koniecznie musisz wziąć przepis od twojej maid, żebym mogła go dać mojej maid.

komentarze(0)

son, 25.06.2009, 13:59.39

573. Moja azjatycka korporacja – nie ma tego złego...

- Czegóż zatem nauczyłam się w mojej azjatyckiej korporacji? - zżera was ciekawość.
Owszem, wbrew pozorom nauczyłam się tu całkiem dużo. Nie tyle może w zakresie doświadczeń stricte zawodowych, choć i tu uczyniłam postępy. Jak chociażby opanowanie sporządzania oficjalnych listów XIX-wieczną angielszczyzną, umiejętności obcowania z (azjatyckim) klientem oraz ogólnego obycia w środowisku PRAWIE anglojęzycznym.
Jednak przede wszystkim zmuszona byłam przyswoić sobie techniki niezbędne do przeżycia w korporacji jako takiej. Nauczyłam się więc nie uzależniać swojego dobrego humoru od humoru moich przełożonych, a poczucia własnej wartości - od postrzegania mojej osoby przez innych. Opanowałam umiejętność nieprzejmowania się sprawami, na które nie mam wpływu, nawet jeżeli rzutują one na mój honor pilnej uczennicy. Nauczyłam się nie wyręczać innych, nawet jeżeli jestem pewna, że umiem wykonać ich pracę lepiej, sprawniej i szybciej. Doszłam do perfekcji w selekcjonowaniu piętrzącej się przede mną góry zadań metodą "minimum nakładu, maksimum efektu".

komentarze(0)

son, 25.06.2009, 13:59.39

572. Moja azjatycka korporacja - dlaczego wciąż?

- Cóż też mnie jeszcze trzyma w tak parszywej instytucji? - zapytujecie się w duchu.
Trzymają mnie tu różnorakie aspekty - po jednym na każdy roboczy dzień tygodnia:
Pieniądze - bez mojej pensji z głodu byśmy co prawda nie zginęli, ale przyjemnie jest dysponować pewną nadwyżką, którą - z czystym sumieniem - wydać można na sery, wino i podróże.
Ciekawość świata - co z tego wszystkiego wyniknie? Co jeszcze się wydarzy? Czym zaskoczy mnie dziś Wielki Boss?
Żądza obserwacji - niewielu Kaukazów (nawet tych w Singapurze) ma okazję pracować w rdzennie azjatyckiej firmie.
Wrodzona zaciętość - jeszcze zobaczymy kto postawi na swoim, ha!
Zdobywanie nowych umiejętności - tak jednak czegoś się tu uczę. Ale o tym w następnej notatce.

komentarze(0)

son, 25.06.2009, 13:59.39

571. Moja azjatycka korporacja - godziny pracy

Godziny pracy, teoretycznie obowiązujące w moim biurze, to 9:00 - 18:00 z godzinną przerwą na lunch (13:00 - 14:00). Miłosierny zarząd wprowadził kwadrans akademicki, tak by kochani pracownicy nie stresowali się rano czekając w kolejce do windy. Ten sam zarząd przestawił zegar maszyny do odbijania kart o 8 minut do przodu (nie można rozpieszczać swoich pracowników zanadto).
W praktyce o godzinie 9:00 w biurze znajdują się cztery osoby (wliczając sprzątaczkę). Reszta spełza do pracy przed 10:00, a gdyby nie konieczność podbijania karty, docieraliby tu dopiero koło południa.
Co innego wieczór, wtedy nikt nie kwapi się do opuszczania stanowiska pracy. No, może poza sprzątaczką*. Pojedyncze jednostki (codziennie inne) wychodzą około 19:00. O 20:00 biuro zaczyna pustoszeć. Zespół Wielkiego Bossa wciąż pilnie grzeje swoje krzesła, wysyłając tym samym jednoznaczne przesłanie, zupełnie niczym mały piesek przewracający się na grzbiet i odsłaniający brzuch w obecności psa znacznie większego:
- Staram się, przecież widzisz, jak się staram, pracuję, robię co mogę, nie krzycz, nie bij, staram się ze wszystkich sił...
Po 23:00 Wielkiemu Bossowi towarzyszą już tylko najbardziej wytrwali zawodnicy.
- Co z hobby? Co z dziećmi? - zapytacie.
Cóż, hobby to rzecz tu nieznana. Dziećmi zajmie się indonezyjska maid.

* Sprzątaczka - zwana "ciocią" - zajmuje się także parzeniem kawy i herbaty, pilnowaniem wrzątku w czajniku, segregowaniem makulatury i innymi manualnymi czynnościami biurowymi (nie wymagającymi znajomości angielskiego). Jeśli chodzi o sprzątanie, to sprzątane są jedynie podłogi, wszystko powyżej pokryte jest warstwą stuletniego kurzu.

komentarze(1)

son, 21.06.2009, 1:05.00

570. Kontrola na wlocie

Singapur przywitał nas lotniskową kontrolą temperatury.
- Czyżby byli państwo ostatnio w Meksyku? - zainteresował się nami strażnik, gdy zbyt długo wpatrywaliśmy się w fascynujący ekran skanera temperatury.

komentarze(0)

son, 21.06.2009, 1:05.00

569. Pocztówka z Jawy

Programistyczne pozdrowienia z Jawy przesyła Krz!
(niestety pocztówek z Jawy na Jawie nie znaleźliśmy)

komentarze(1)

son, 21.06.2009, 1:05.00

568. Singapurką być

- Na śniadanie proszę sok - oznajmiła władczo Singapurka dzieląca z nami pensjonat.
- Niestety, kuchnia czynna jest dopiero od 8:00. Możemy pani zaproponować suchy prowiant: rogalik z nadzieniem, a do picia kawa latte albo herbata.
- Jak to? Kuchnia nieczynna?! Nie musicie GOTOWAĆ mojego soku! To skandal! I want my juice! - awanturowała się młoda kobieta.
- This is radiculous! To absurd! Nasz samolot wylatuje o 7:00 rano! My chcemy zjeść NORMALNE śniadanie! - przyszła jej z odsieczą singapurska koleżanka.
- Dziękuję. Było tu naprawdę miło i obsługa jest niezwykle sympatyczna - do konwersacji przy recepcyjnej ladzie włączył się Krz. Singapurki spojrzały na niego spode łba.
Puenta? Następnego poranka, o godzinie 5:40, nocny stróż postawił przed Singapurką szklankę świeżo wyciśniętego soku.

komentarze(0)

son, 21.06.2009, 1:05.00

567. Spacer z widokiem na Merapi

Dalszą część wycieczki mieliśmy odbyć pieszo. Ścieżki prowadzące na przełęcz z widokiem na wulkan zdominowane były przez wrzaskliwe grupki lokalnych nastolatków. Zakochane pary pogryzały chipsy przysiadłszy na kamiennych stopniach (najwyraźniej trafiliśmy na popularne miejsce schadzek). A wszyscy wpatrywali się w nas szeroko otwartymi oczami. Za naszymi plecami rozlegały się nieustanne chichotania i piski.
- Hello Mister! - popisywali się przed swoimi wybrankami młodzieńcy. Wybranki chichotały z zażenowaniem i karały młodzieńców solidnym kuksańcem.
Z niewzruszenie uprzejmymi uśmiechami przylepionymi do twarzy dotarliśmy na przełęcz.
Zobaczyliśmy wulkan.
Zrobiliśmy zdjęcie.
Usiąść nie było na czym.
Ruszyliśmy w drogę powrotną.

komentarze(0)

son, 21.06.2009, 1:05.00

<< nowsze notatki | starsze notatki >>