mrowisko.net/xinjiabo
szukaj w notatkach
mapa
drukuj
singapur -> najnowsze notatki
Nowe zdjęcia z Kluang i hinduskiego święta Thaipusam w Singapurze.

Jeśli wpiszesz tutaj swój mail, będziemy informować cię o nowych notatkach.


dość robactwa!

<< nowsze notatki | starsze notatki >>

1091. Z cyklu: Przesądy hinduskie

Kobiety w ciąży w żadnym wypadku nie powinny być fotografowane.

komentarze(0)

son, 25.02.2010, 4:18.44

1090. Z cyklu: Wielki Boss komentuje

- Lepiej być skolonizowanym przez Brytyjczyków, niż przez Francuzów, albo jeszcze kogoś innego.

komentarze(0)

son, 25.02.2010, 4:18.44

1089. Convenience versus Qualite de la Vie

Już dawno zauważyliśmy, że convenience jest dla Singapurczyków tym, czym qualite de la vie dla Francuzów.
- Czymże więc objawia się singapurska convenience? - zapytacie.
Convenient location, to kiedy Singapurczyk ma blisko do foodcourtu, centra handlowego, metra, przystanku autobusowego oraz szkoły (w tej właśnie kolejności).
Convenient jest, gdy windą można dojechać pod sam próg mieszkania, a zaparkować tuż przy wejściu do klimatyzowanego biura.
Convenient jest posiadanie maid, convenient są schody ruchome...
Słowem - convenient jest mieszkać w Singapurze.
Powyższe wyczerpuje listę podstawowych pragnień typowego Singapurczyka, co pokazuje, że jest on zdecydowanie mniej wymagający od przeciętnego Francuza.
I jedna jest tylko convenience, która do Singapurczyków zupełnie nie przemawia. To wtedy, gdy w zatłoczonym wagonie metra rozlega się z głośników For the convenience of all passengers please move towards the centre of the car, a pasażerowie pozostają niewzruszeni niczym kamienne posągi Buddy.

komentarze(0)

son, 25.02.2010, 4:18.44

1088. Czy wiecie, że...

Wiele gatunków jaszczurek nigdy nie zamyka oczu, bo ich powieki zrobione są z zamkniętej na stałe, przeźroczystej łuski, czyszczonej - w razie potrzeby - językiem.

komentarze(0)

son, 25.02.2010, 4:18.44

1087. Bogowie i demony

Ostatnie weekendy w Singapurze spędzamy tropiąc rodzynki, które wymykały się nam przez uprzednie półtora roku.
W ostatnią niedzielę trafiliśmy do dwóch buddyjskich świątyń. Trudno o większy kontrast.
Kong Meng San Phor Kark See Monastery okazało się współczesnym kompleksem pielgrzymkowym, bardzo podobnym do tych, które znamy z Europy. Wiele świątyń o różnych funkcjach (sale przodków*, hala medytacyjna, wieża dzwonnicza, wieża bębnowa, pagoda tysiąca Buddów, stupa ku czci założyciela zakonu), muzeum, biblioteka, sala konferencyjna, olbrzymie parkingi oraz wszelkie dodatkowe usługi potrzebne do obsługi kilku tysięcy wiernych; współczesne materiały budowlane i tradycyjne formy architektoniczne.
W tych pustych przestrzeniach spotkaliśmy zaledwie kilka osób. Najwyraźniej Chiński Nowy Rok nie jest sezonem pielgrzymkowym.
Lian Shan Shuang Lin Monastery prezentowało się zgoła inaczej. W starej drewnianej, pomalowanej na "boskie"** kolory świątyni aż mrowiło się od ludzi. Panowała tu atmosfera targowiska (a może raczej dworca autobusowego?). Zaaferowani Chińczycy biegali w tę i we w tę załatwiać ważne sprawy u poszczególnych bóstw; bili pokłony, wymachiwali kadzidłami, które czym prędzej gaszone były przez dyżurny personel sprzątający***. Przy głównym ołtarzu mnisi odprawiali zbiorowe błogosławieństwo, a długa rozgadana kolejka wiernych oczekiwała na swoją turę.
Dopiero następnego dnia dowiedzieliśmy się, że w świątyni Lian Shan Shuang Lin nie można robić zdjęć. Mieszkają tam bowiem nie tylko bogowie, lecz także demony.
- Czyli co? Straciłem w ten sposób całe szczęście, które zyskałem, znajdując w nowy rok banknot dwudolarowy? - dociekał Krz.
J. uśmiechnął się od ucha do ucha. Nie odpowiedział.

* Ancestral Hall - to taka namiastka cmentarza, gdzie wspomina się zmarłych.
** Czerwony, żółty i złoty
*** Sprzątaczami byli Hindusi!

komentarze(0)

son, 25.02.2010, 4:18.44

1086. Z cyklu: Taksówkarz pyta

- A po co jedziecie na te bagna? - zagaduje taksówkarz nacieszywszy się już naszą koślawą wymową nazwy rezerwatu.
- No, oglądać zwierzęta.
- Tam przecież nie ma żadnych zwierząt - wzrusza ramionami kierowca.
Musiało wydarzyć się coś strasznego. Może podłożyli bombę. Albo jakiś wyciek chemikaliów z fabryki - mój zaspany umysł szuka najbardziej logicznego wytłumaczenia biologicznej katastrofy. Na szczęście Krz jest bardziej przytomny.
- Są przecież monitory - prostuje.
- Toż to nie zwierzęta! To kreatury (creatures) - obrusza się taksówkarz.

komentarze(0)

son, 25.02.2010, 4:18.43

1085. Z cyklu: A Wielki Boss wciąż pyta, pyta, pyta...

- Sonia, w jaki sposób suszycie w Polsce pranie? W mieszkaniu? A nie pachnie potem stęchlizną?

komentarze(0)

son, 25.02.2010, 4:18.43

1084. O wyższości...

- P., jak było na weselu? - zaczepiłam mojego bezpośredniego przełożonego.
- Fajnie, tylko wiesz, to było wesele w stylu malajskim. Czyli bez sensu.
- Wesele bez sensu? - zdziwiłam się.
- No, bez sensu. Bo nie można na nim zarobić.
- Zarobić na weselu? - zdziwiłam się jeszcze bardziej.
- Pewnie. Na każdym chińskim weselu można zarobić. Siedzi się przy stolikach i wiadomo, ile kosztuje przyjęcie jednego gościa. Każdy wie, ile ma włożyć do czerwonej koperty. Niektórzy dają więcej - to jest właśnie zarobek - wyjaśnił cierpliwie P.
- To jak w takim razie wygląda wesele malajskie? - postanowiłam nie dziwić się już więcej.
- Na malajskim weselu jest bufet. Wszyscy przychodzą z rodzinami, znajomymi i rodzinami znajomych i jedzą, ile wlezie. Na malajskim weselu można tylko zbankrutować. Mówiłem, że to bez sensu.

komentarze(0)

son, 25.02.2010, 4:18.43

1083. Piramidy okolicznościowe

Zwyczaj każe, by na okoliczność Chińskiego Nowego Roku firmy obdarowywały się nawzajem świątecznymi koszami. "Kosze" mają zwykle formę piramid (zapewne ten kształt uważany jest za auspicious, czyli przynoszący szczęście) i zawierają szereg smakołyków. Podarunki są imienne, ale znużeni szóstą butelką podłego koniaku i siedemnastym pudełkiem poślednich czekoladek bossowie chętnie dzielą zawartość piramidy pomiędzy podwładnych.

komentarze(0)

son, 22.02.2010, 5:25.58

1082. Z cyklu: A Wielki Boss wciąż pyta, pyta, pyta...

- Sonia, z jakiego powodu wybuchła wojna w krajach byłej Jugosławii?

komentarze(0)

son, 22.02.2010, 5:25.58

1081. Oszczędzanie na Sentosie

Wszyscy wiecie, że należymy do niereformowalnych skąpiradeł. Ostatnio współczynnik naszego skąpstwa wzrósł dodatkowo. Oszczędzamy pod pretekstem zbliżającej się podróży.
Son (ironicznie): Krz, nie chciałbyś pooszczędzać na torze bobslejowym? [to taka atrakcja familijna w postaci betonowego toru oraz sanek z kółkami]
Krz (z entuzjazmem): Jasne! A ile?
Son (zaskoczona, czyta z plakatu): Trzy zjazdy za 20 dolarów - oszczędzasz 40 procent!
Krz (rozczarowany): Yyy, myślałem, że będziemy oszczędzać nie kupując ŻADNEGO biletu.

komentarze(0)

son, 22.02.2010, 5:25.58

1080. Z cyklu: Koledzy Hindusi pytają

- Sonia, powiedz nam coś o twoim kraju...
- Ale co?
- No, na przykład, czy małżeństwa w Polsce są aranżowane?

komentarze(0)

son, 22.02.2010, 5:25.57

1079. Z cyklu: Wielki Boss opowiada

- Kiedy skończyłem studia, pojechałem zwiedzić Europę. Czterdzieści trzy dni, osiem krajów. Pierwszy szok kulturowy przeżyłem na plaży pod Marsylią. Wybraliśmy się tam rano z kolegami. Najpierw byliśmy sami. A potem przyszła ona. Młoda dziewczyna, blondynka - pamiętam ją do dzisiaj. Rozłożyła ręcznik, zdjęła bluzkę, zdjęła stanik, uśmiechnęła się do nas osłupiałych i zaczęła czytać książkę. Jak gdyby nigdy nic!
[Chodzi, rzecz jasna, o książkę. Azjaci już wtedy nie czytali zbyt wiele] - dopisek singapurskiej cenzury.

komentarze(0)

son, 22.02.2010, 5:25.57

1078. Gafa sezonu

- Tylko nie zapomnij zabrać książki - pouczyłam N., który miał spędzić ze mną cały dzień na "windowym" dyżurze.
- Że co? - osłupienie malowało się w oczach pouczonego Indonezyjczyka.
- No, zabrać książki - powtórzyłam bezmyślnie.
Wyraz twarzy N. pozostawał bez zmian.
- No, weź ze sobą coś do czytania - próbowałam z innej strony.
- Aaa... - kolega wreszcie zrozumiał, o co mi chodzi.
Ja natomiast uświadomiłam sobie, co tego samego poranka mówił Wielki Boss:
- Wy Europejczycy macie zdecydowaną przewagę nad Azjatami, bo wciąż jeszcze czytacie książki.

komentarze(0)

son, 22.02.2010, 5:25.57

1077. Czy wiecie, że...

Łapy gekona wcale nie są zakończone przyssawkami, tylko czymś na kształt chwytnych mikrołusek.

komentarze(0)

son, 22.02.2010, 5:25.57

1076. Wielki Boss i życzenie urodzinowe

Klaskaliśmy z zapałem. Wielki Boss pochylił się nad tortem i z namaszczeniem zdmuchnął świeczkę. Zaklaskaliśmy jeszcze głośniej. Wielki Boss w teatralnym geście wzniósł plastikowy nóż. Zamarliśmy.
- Jak to? Nie będzie przemówienia? - złośliwie zapytał drugi z dyrektorów.
Wielki Boss uśmiechnął się ukontentowany.
- Moje życzenie urodzinowe było proste - powiedział. - Maybe no need to stay so late every night*.
Zaklaskaliśmy z niedowierzaniem. Dyrektorzy roześmieli się. Wielki Boss też. Dowcip znowu się udał.

* "Żeby nie musieć pracować do późna każdej nocy."

komentarze(0)

son, 22.02.2010, 5:25.57

1075. Z cyklu: Przesądy chińskie

Po kupieniu trumny nigdy nie cofaj się do zakładu pogrzebowego, inaczej wkrótce będziesz musiał wrócić tam po drugą trumnę.

komentarze(0)

son, 22.02.2010, 5:25.57

1074. Straszni Singapurczycy

- Czy ci Azjaci naprawdę są tacy straszni? - zastanawiacie się często.
Wiele nad tym rozmyślaliśmy.
Trzeba zrozumieć, że Singapurczycy są bardzo specyficznym społeczeństwem, a Singapur - bardzo specyficznym państwem. Zdecydowana większość dzisiejszych obywateli wywodzi się z prostych robotników, którzy przybyli tu za chlebem (przepraszam: za ryżem). Przyjeżdżali samotnie, byli młodzi, mieszkali nędznie, żywili się u ulicznych handlarzy i starali przetrwać, imając się różnych zajęć. Nikt nie nauczył ich dobrych manier, a nawet wręcz przeciwnie: ci, którym przyszło do głowy ustępować miejsca słabszym, pierwsi ginęli z głodu.
Po II wojnie światowej, która zakończyła się tu brutalną okupacją Singapuru przez Japończyków, walczące o przeżycie społeczeństwo (o ile słowo to jest odpowiednie na określenie tej ludzkiej mizerii) zostało porwane snem pana Lee. Pierwszy premier postanowił zaprowadzić na wyspie porządek na wzór zachodniego świata i teleportować Singapur w 21. wiek.
W ciągu jednego dnia - patrząc w skali ewolucji społeczeństw europejskich - wieśniacy zostali oderwani od kur i przesiedleni do wysokościowych bloków, robotnice założyły wysokie obcasy, żołnierze dostali najlepszą broń, praczki zostały ekspedientkami, a tragarze - urzędnikami. Całe życie wyzyskiwani, teraz sami zaczęli wyzyskiwać świeżo przybyłych pracowników od brudnej roboty (pamiętajmy, że status obywatela posiada dziś zaledwie dwie trzecie mieszkańców tego kraju): filipińskie maid, indonezyjskie pedikiurzystki, hinduskich robotników budowlanych, bangledeskich śmieciarzy, chińskie kucharki, tajskich kreślarzy... i polskiego architekta.

komentarze(0)

son, 22.02.2010, 5:25.57

1073. Z cyklu: Wielki Boss przez sen

Śniło mi się, że na trzy tygodnie przed wyjazdem z Singapuru Wielki Boss przydzielił mi dziewięć nowych projektów. Myślałam mściwie: I dobrze, im bardziej je wszystkie rozgrzebię, tym większy kłopot będą mieli po moim wyjeździe.

komentarze(0)

son, 17.02.2010, 7:11.26

1072. Singapurskie ostatki

- Jak to? Cztery dni wolne od pracy, a wy nigdzie nie wyjechaliście? - nie mogli się nadziwić nasi koledzy. - To co robiliście w tym czasie?
Ach, czegóż my NIE robiliśmy! (Hmmm... to akurat bardzo łatwo określić: nie oglądaliśmy ani "sylwestrowej" krzątaniny w China Town, ani pokazu sztucznych ogni).
Weekend zaczęliśmy od przejrzenia zawartości szaf, półek, szafek i szufladek; dobytek podzieliliśmy (na razie tylko na papierze) według klucza: "zabieramy ze sobą", "oddajemy chętnym", "oddajemy biednym", "wysyłamy pocztą" oraz "problematyczne". Następnie pojechaliśmy na rolki trasą, która bardziej przypominała tor biegu przełajowego przez płotki i inne przeszkody (wiadukt, przejście dla pieszych, wiadukt, przejście podziemne, skrzyżowanie z trasą szybkiego ruchu, wiadukt...).
Niedzielę spędziliśmy kulturalnie. Po zakończeniu ubolewań nad przegapieniem Nowego Roku obejrzeliśmy wystawę starych singapurskich reklamówek (czy podejrzewalibyście, że Bata była tu już w 1932 roku?) oraz Muzeum Filatelistyczne, które - wbrew naszym oczekiwaniom - okazało się bardzo interesujące. Wzgardziwszy wymarłym China Town zajrzeliśmy do jednej z najnowszych buddyjskich świątyń na świecie (co zdradza podziemny garaż), zbudowanej w miejscu dawnych domów pogrzebowych i umieralni. Główną "atrakcją" świątyni jest relikwia w postaci zęba Buddy (wielkość zęba jednoznacznie wskazuje na to, że Budda był gabarytów słonia, a może nawet wieloryba). A potem wjechaliśmy jeszcze na taras widokowy w najwyższym, 50-piętrowym, bloku HDB, skąd podziwialiśmy rozległe singapurskie panoramy i rozkoszowaliśmy się mocnym wiatrem w towarzystwie świątecznie przystrojonych Chińczyków.
Poniedziałkowa wycieczka wyszła nam nieco na opak i dużą część dnia spędziliśmy jeżdżąc po Singapurze w tę i nazad. Nie przewidzieliśmy, że niedobór świętujących Nowy Rok armatorów spowoduje potężną kolejkę chętnych do przedostania się na Pulau Ubin. Po krótkim spacerze wzdłuż plaży (atmosfera ośrodków wypoczynkowych nad Zalewem Zegrzyńskim po sezonie) teleportowaliśmy się (taksówka, metro, metro, autobus) do naszego ulubionego rezerwatu McRichie, gdzie nie natknęliśmy się na ani jedną (!) - nawet najmniejszą - jaszczurkę.
Wtorek rozpoczęliśmy pracowicie: Krz grzebiąc w elektronice, a Son czytając przewodnik po Nowej Zelandii. Długi weekend zakończyliśmy zaś długą trasą rolkową.

komentarze(0)

son, 17.02.2010, 7:11.26

<< nowsze notatki | starsze notatki >>